Chichoty i Dziwy Historii w Bielsku-Białej

CHICHOTY  I  DZIWY HISTORII  W  BIELSKU-BIAŁEJ

 

Prowadzi dr Jerzy Polak

2.IV 2011. Po ukazaniu się wielkiej monografii historycznej Bielska-Białej miałem nadzieję, że władze samorządowe pójdą za ciosem i zechcą firmować i współfinansować periodyk naukowy o charakterze historycznym. Pozwoliłoby to na kontynuowanie badań nad przeszłością naszego miasta. Ale nic z tego! Prezydent poprzez swego szefa od kultury wyraził wręcz dezaprobatę! Cała nadzieja w powstałym właśnie BBTH.

3.IV 2011. Władze nasze od kilku kadencji pysznią się wizją światowego miasta. Tymczasem jesteśmy zapyziałym zaściankiem, małpującym tylko pomysły innych. A pod względem humanistyki nawet nie małpują. Bielsko-Biała pozostało w tyle za najbliższymi sąsiadami – Cieszynem, Skoczowem, Wisłą, Kętami czy Żywcem, gdzie ukazują się różne kwartalniki i pamiętniki historyczne, almanachy i roczniki. Nawet gmina Kozy – o zgrozo! - zaczęła wydawać własne zeszyty historyczne (szacuneczek). Po co Bielsku historyczny periodyk? Wszak pewien pan z Warszawy powiedział, że polskość to nienormalność…

7.IV 2011. No, ale dość tych utyskiwań na ukochane władze miejskie! Skoro jednak wszystko wiedzą, to dlaczego nie potrafią wykorzystać wielu potencjalnych atrakcji, tylko bredzą o „turystycznej funkcji Bielska-Białej”. Właśnie mijają dwa lata (!) od nieformalnych spotkań obecnych członków BBTH z radnymi w sprawie wykorzystania walorów Starego Bielska, w tym zagadkowego wciąż Grodziska. I nic. Radni zanotowali i poszli walczyć o stołki. Niektórym się nie udało.

10.IV 2011. Polskich oficerów zamordowanych przez Sowietów w Katyniu uczczono już w Bielsku-Białej na kilka sposobów. Ostatni okazał się wysoce niefortunny. Najpierw postawiono okolicznościową stelę ni z tego, ni z owego w Parku Słowackiego, która szybko stała się obiektem zainteresowania miejscowych pijaczków i narkomanów, po czym cichaczem ją wykopano i „zasadzono” pod samym murem „Kopernika” od strony ruchliwej Piastowskiej. Tu jest całkowicie niewidoczna, gdyż zasłania ją balustrada otaczająca szkołę. Tak jakby ktoś chciał ukryć wstydliwie tablicę. Absolutny skandal i drwina! Kto tu boi się patriotyzmu i…Sowietów?

18.IV 2011. Ilekroć jestem na Placu Wolności, którego nazwa symbolizuje polski czyn niepodległościowy z lat 1914-1920, patrzę ze zgrozą na budynek pod „dwójką”, dawną siedzibę Czytelni Polskiej w Białej, tej pierwszej polskiej placówki narodowej w mieście. Wisi na niej tablica o wymarszu „Sokołów” (szczególnie nielubiących Niemców) do Legionów Polskich w „czternastym roczku”. A nad nią bombiasty napis-neon „DEUTSCHE BANK”. To się nazywa chichot historii w Bielsku-Białej!

Chciałbym kiedyś poznać nazwisko faceta, który bez zmrużenia oka odstąpił Niemcom tę naszą bialską pamiątkę. I niech nikt mi nie mówi, że to postęp albo ekonomia!

28.IV 2011. Trwa żonglowanie historią naszego miasta. Oto przykład typowej głupoty i kompleksów: w prasie lokalnej pokazały się reklamy „klimatycznej” (co za dziwo?) restauracji o wdzięcznej nazwie „Mały Wiedeń” położonej pod dawną farbiarnią Wilhelma Schlesingera w Białej. Czytamy w niej, że lokal stoi w miejscu, „w którym dawno temu istniała karczma i punkt wymiany zaprzęgów na trakcie Wiedeń-Kraków-Lwów”. Całkowita bujda na resorach! Oczywiście trakt ten wiódł dzisiejszą ul. 11 Listopada, ale co się nie robi dla interesów…

4.V 2011. Marzą nam się z kolegą Piotrem wydawnictwa źródłowe o Bielsku-Białej, na jakie zdobyły się nawet takie mieściny jak Ustroń. Jak upowszechniać historię lokalną, bez zaprezentowania starych dokumentów, a zwłaszcza kronik z Bielska i Białej, zawierających cenne i podstawowe wiadomości? Piotr z właściwym mu entuzjazmem gotów byłby je nawet za darmo przetłumaczyć, ale kto je wyda (a tu już potrzeba wielkiej staranności wydawniczej). Czy młodzi, dociekliwi Polacy musza być zdani na stare, przedwojenne wydania niemieckie tych źródeł?

6.V 2011. W czasie wiosennego spaceru po Białej stwierdziłem: w odrestaurowanym budynku dawnej Szkoły Miejskiej przy ul. Ks. Stojałowskiego 33 nadal „straszy” w wejściu kawał muru ze skrzynką elektryczną. To jest kuriozum, godne wpisania go w poczet atrakcji naszego miasta (z braku nowych)! A odnowiony św. Jan Nepomucen (najstarszy bialski pomnik!) przed kościołem Opatrzności Bożej dostał pięciogwiazdkową aureolę!  

13.V 2011. W Oświęcimiu odsłonięto – z inicjatywy p. Józefa Jańczy z Bielska - tablicę ku czci ofiar komunistycznych obozów NKWD i UBP działających na terenie niemieckiego obozu zagłady Auschwitz i w jego pobliżu w latach 1945-46. Znalazło się w nich kilkaset mieszkańców Bielska, Białej i okolicznych wiosek, a zwłaszcza Hałcnowa, przeważnie Niemców i Ślązaków, ale i Polaków (w tym żołnierzy AK). Wielu nie przeżyło. W znacznej mierze były to niewinne ofiary zasady odpowiedzialności zbiorowej zastosowanej wobec bielskich Niemców, a często ofiary porachunków sąsiedzkich i dybania na ich majątek. To jedna z najhaniebniejszych stron powojennych wydarzeń w naszym regionie. Dla historyka problem niebagatelny i skomplikowany, o wielu indywidualnych niuansach.

21.V 2011. Co pewien czas, różni miejscowi ludzie twierdzą zupełnie bezpodstawnie (a za nimi ogólnopolskie media), jakoby z jednej strony rzeki Białej była przed 1918 r. austriacka Galicja, a po drugiej strony Prusy. Nie wiem z czego się to bierze (wykluczam przekaz szowinistów niemieckich z Bielska, którzy marzyli o takim rozwiązaniu). Dwa lata temu takie bzdury wygadywali organizatorzy (!) „święta ulicy 11 Listopada”, a teraz twierdzi tak jedna nauczycielka historii (!) w publikacji o historii szkoły im. Juliana Fałata w Bystrej. A propos: nie powinno się urządzać „święta ul. 11 Listopada”, tylko jej pogrzeb. To nie jest ta ulica, co 200, 100, 50 i 30 lat temu. To raczej przykład degradacji starych miasta na rzecz hipermarketów.

27.V 2011. „Przygody” związane z tablicą Komendanta Józefa Piłsudskiego w Białej, jako skromną tylko formą uczczenia tego wielkiego Polaka w naszym mieście z tytułu jego pobytów w nim w 1915 roku (przed 1939 r. stał w Bielsku jego pomnik!), trwające od kilku lat, mogłyby posłużyć za kanwę ponurej opowieści o rzeczywistości bielskiej i postawach antypatriotycznych. Kpiną była na przykład odmowa dysponentów byłego hotelu „Pod Orłem”, na którym owa tablica powinna zawisnąć (jego przejście w obce, dziwne ręce, to także ponura opowieść). Na szczęście „przygarnęła” tablicę Poczta Polska z jej bielskim dyrektorem p. Janem Chrząszczem. Dzisiaj oglądaliśmy z panami T. Wojciuchem i J. Wnuczkiem ze Stowarzyszenia „Dom Polski” tablicę u kamieniarza Sporka w Lipniku. 

3.VI 2011. Odsłonięcie tablicy Komendanta odbyło się gładko i elegancko (odsłaniał prezydent miasta Jacek Krywult). Cieszyła zwłaszcza obecność licznej młodzieży szkolnej z Gimnazjum im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Lipniku (jedyna szkoła Jego imienia nie tylko w Bielsku-Białej, ale w regionie), która brawurowo odśpiewała wiązankę pieśni legionowych oraz młodzieży z LO im. Adama Asnyka ze Złotych Łanów. Zaprezentowali się również bielscy strzelcy ze Związku Strzeleckiego i harcerze. Był poczet sztandarowy Stowarzyszenia „Dom Polski” i NSZZ „Solidarność”. Padły miłe, proste słowa...

10.VI 2011. Wspomniana tablica powinna była powstać, co najmniej 20 lat temu. Może były sprawy ważniejsze… Mam jednak podejrzenie, że po prostu nie tylko nie pamiętano wydarzeń z lat 1914-1915, ale także w prowadzonej przez władze bielskie po 1989 r. rachitycznej (jeśli nie określić tego mocniej) polityce historycznej nie znalazło się miejsce na postać Marszałka. Przypomina mi się wystawa o Nim zorganizowana przeze mnie dużym wysiłkiem w Muzeum w 1994 roku, kompletnie zlekceważona przez wszelakich oficjeli, szkoły i media. Te ostatnie także zlekceważyły odsłonięcie tablicy, a już szczytowy pokaz dał dodatek bielski do „Dziennika Zachodniego”, prezentując na ten temat jednozdaniową notkę i miniaturową fotografię. To prasowe kuriozum wkleiłem sobie do mego albumiku „duperel” z Bielska-Białej. 

11.VI 2011. Piękny skądinąd jubileusz 700-lecia istnienia dzielnicy Mikuszowice zorganizowany w Domu Kultury w Mikuszowicach Krakowskich, świadczący o utrzymującym się jeszcze tu i ówdzie w Bielsku-Białej poczuciu tożsamości regionalnej, został niestety totalnie „zarżnięty” przez organizatorów, przeradzając się w długaśny pokaz różnych zespołów szkolnych i przedszkolnych. Niektórzy nie wytrzymali upału i zasnęli, inni zainteresowani wychodzili na piwo. Mimo soboty, przez cały ten czas za oknami jeździł walec, walcując ochoczo w oparach świeżo wylany asfalt. W tej absurdalnej scenerii idea jubileuszu gdzieś odfrunęła.

15.VI 2011. Inicjatywa naszego Towarzystwa, by tradycyjne obchody „Dni Bielska-Białej” wzbogacić także o małą konferencję historyczną na temat genezy zjednoczonego w 1951 r. miasta, aczkolwiek wymagająca olbrzymiej pracy intelektualnej, została kompletnie zignorowana przez władze miejskie, które najzwyczajniej w świecie uznały, że „nikt nie przyjdzie” na taką imprezę (!). Nasze rozczarowanie szybko jednak minęło, gdy okazało się, że „ratusz” rzucił się w ramiona FIAT-a, przeobrażając święto miasta w imprezę tej firmy (pod znakiem zresztą lichej rozrywki). Przypominają się te „piękne” czasy, gdy Bielsko-Biała stało się dodatkiem do Królestwa tow. Dziopaka, czyli FSM-u. Déjà vu. Jaki morał dla naszego BBTH – panowie, liczą się igrzyska, a nie twórczy wysiłek!

19.VI 2011. Miałem okolicznościowy wykład w kaplicy na plebani parafii Opatrzności Bożej na temat jubileuszu stulecia obecności zakonu SS. Felicjanek w Białej. Po nim otwarcie ciekawej wystawy na ten temat i rozmowy przy stole z siostrami. Siostry te przybyły w 1911 r. z Krakowa, by poprowadzić pierwszą ochronkę polską, założoną przez Towarzystwo Pań Polskich, zwane potem Towarzystwem Dobroczynności im. bł. Salomei. Losy bialskiego domu zakonnego były dramatyczne z powodu prześladowań ze strony zarówno władz hitlerowskich, jak i komunistycznych. O tych sprawach, podobnie jak o prześladowaniach innych zakonów (niemal wyłącznie żeńskich) w Bielsku-Białej przed 1989 r., niewielu z mieszkańców wie, chociaż jest to cząstka historii miasta i oporu przeciw komunistom. Niezmiernie interesujące były zdjęcia na wystawie, m.in. z burzenia obiektów felicjanek przy ulicach Broniewskiego i Zamkowej (nie istnieje).

27.VI 2011. Mało który, nieistniejący obiekt w naszym mieście posiada tak bogatą spuściznę archiwalną, jak byłe kino „Wanda”, czyli kino miejskie z roku 1913. Można o nim napisać wszystko, o projekcie, budowie, eksploatacji, remontach, repertuarze, awanturach z widzami itd. Z teczki leżącej przede mną wynika na przykład, że celem przygotowania placu budowy wyburzono realności nr (konskrypcyjne) 73, 74 i 75 stojące nad potokiem Niwka. Architekt Corazza z czeskiej Igławy miał otrzymać wynagrodzenie autorskie za projekt i dozór w wysokości 8, 765 % kosztów budowy, tj. około 85 tys. koron (równowartość dużej kamienicy). A pierwszym kierownikiem został Wiktor Zagórski, dotychczasowy sekretarz Magistratu, który dla przygotowania się do swej roli odbył podróże zapoznawcze do kin w Wiedniu i Katowicach.

29.VI 2011. Jak zwykle w trakcie mej kwerendy archiwalnej w aktach Białej znajduję liczne ciekawostki. Dzisiaj o wyburzeniu w 1912 roku dwóch domów – Batscha i Mücklera przy ul. Nad Niwką (ob. Ks. Stojałowskiego) pod przewiązkę, łączącą ją z ul. Głęboką. Owa przewiązka to obecna krótka ul. Konfederatów Barskich. A także rozplanowanie posiadłości Franciszki Weich, prowadzącej restaurację przy ul. Wenzelisa (ob. Sempołowskiej), która niedawno została wyburzona, by wznieść jej niby-kopię (o sprawie pisała kilkakrotnie „Kronika Beskidzka”).

4.VII 2011. Jedną ze spraw, która mnie zaintrygowała (a i kolegę Piotra) jest znaleziony w aktach przebieg w Białej tzw. „Schwarzen Graben”, czyli „czarnego rowu”, a raczej „czarnej przykopy” ze strumieniem, biegnącym na XIX- wiecznej granicy Białej i Lipnika z rejonu fabryki Lukasa (obecnie „Biel-Styl”) pod skarpą bialską na północ (również pod szkołą podstawową nr 9). Ciek ten był dotychczas nam nieznany, nieodnotowany na dostępnych mapach. Czy był wykorzystywany do celów wczesnoprzemysłowych? Czy może był zasilany przez Niwkę? Same zagadki.

8.VII 2011. Jak to się stało, że w zbiorach państwowego Muzeum Śląskiego w Katowicach znalazło się zwieńczenie ołtarza głównego z kościoła św. Stanisława w Starym Bielsku (około 1500 r.)? Przecież niedawno wydano znaczne środki podatników na renowację tego najcenniejszego chyba zabytku ruchomego w naszym mieście! Dziwna sprawa.

11.VII 2011. Czy wiecie, że w 1913 r. Bielsko i Biała miały już 4 kina, natomiast Berlin 460 (!), całe Niemcy około 3.000, a USA ponad 20.000! Dane te padły przy okazji otwarcia wspomnianego już przez mnie kina miejskiego w Białej (wyburzonego w PRL-u).

24.VII 2011. Z kolegą Prezesem i sekretarzem zostaliśmy przyjęci przez rektora Akademii Techniczno-Humanistycznej dr hab. inż. Ryszarda Barwika, omawiając kwestię nawiązania współpracy między BBTH a uczelnią i wspólnych zamierzeń. Rokowania są pomyślne, wszystko wskazuje, że zaczniemy od wspólnej konferencji naukowej, być może jeszcze w tym roku. Uczelnia steruje w kierunku uniwersytetu, angażuje się więc w przedsięwzięcia humanistyczne. Nas interesują kwestie interdyscyplinarne i występ na forum naukowym.

3.VIII 2011. Znów atak na cmentarz, tym razem żydowski w Aleksandrowicach. Zniszczono w sposób chuligański nagrobek Karola Korna, wybitnego architekta bielskiego (zm. 1906), odtworzony zaledwie dwa lata temu. Niszczenie naszych nekropolii, pomników historii trzech narodów i trzech wyznań, to już od kilkudziesięciu lat niemal specjalność bielskiego półświatka i lumpenproletariatu. Towarzyszy temu kulturowa nietolerancja i prymitywizm części społeczeństwa, mające się nijak do chrześcijańskich zasad poszanowania braci i sióstr, także po ich doczesnej śmierci.

Swoją drogą, nikt jeszcze nie podjął się nawet próby naukowego opisania bielsko-bialskiego półświatka i lumpenproletariatu, począwszy od średniowiecza po obecne czasy. Przed 1939 r. władze starały się element ten usuwać z miast za pomocą tzw. szupasów. A ile zniszczyli zabytkowych kamieniczek! 

20.VIII 2011. Nie mogę się oprzeć wtrącenia pewnej dygresji na temat mojego tegorocznego urlopu, w trakcie którego zawadziłem o piękne miasto – Graz w Austrii. Położone w podobny sposób, jak Bielsko, pod podnóżami Alp, pod wieloma względami przypomina Bielsko-Białą. Tyle, ze nie zlikwidowano w nim przemysłu (tu kiedyś zbudowano wagony doczepne dla bielskiej linii tramwajowej) ani linii tramwajowych. Jeżdżą po nich supernowoczesne wozy, przeciskając się zresztą uliczkami w typie naszej ul. 11 listopada (dwutorowo!) przez zabytkowe centrum. Niestety tramwaje i przemysł komuś w Bielsku-Białej przeszkadzały, więc ich nie ma.

I jeszcze jedna dygresja. Powrót z zagranicy do rodzinnego miasta związany jest zawsze z jakimś rozczarowującym koszmarkiem. W tym roku zdecydowaliśmy się na powrót przez Zwardoń- Istebną- Wisłę i pożałowaliśmy. Droga (asfalcie, psiakrew), jak po ciężkim bombardowaniu (po drogach niedawno walczącej Chorwacji to szok). W zeszłym roku było jeszcze gorzej – Bielsko przywitało nas w sobotę o północy zataczającymi się gromadkami zapijaczonej i zaćpanej młodzieży na środku ul. 3 Maja przed „Prezydentem”. Wot, kultura. A podobno jest wszystko monitorowane.

30.VIII 2011. Tym razem popis głupoty i ignorancji Rady Miejskiej Bielska-Białej w zakresie jednego z podstawowych elementów lokalnej polityki regionalnej – nazewnictwa ulic i placów – osiągnął dno. Zgłoszony przeze mnie i organizacje społeczne i zaakceptowany zgodnie z procedurą przez specjalny doradczy zespół ekspercki przy prezydencie miasta oraz przez komisję kultury i sztuki wniosek o nazwanie dwóch nowych rond imionami takich wielkich postaci dla Polski, jak prezydenta Ronalda Reagana i Ireny Sendlerowej, został zakwestionowany (?!) i de facto odrzucony. Głupie i populistyczne głosy, jakie przy tym padły na Sali Rady przyniosły prawdziwy wstyd naszemu miastu (brylowała p. Grażyna Staniszewska). Mam tylko nadzieję, że nie jest to początek odwrotu w dotychczasowej miejskiej polityce nazewniczej.

     Tak przy okazji. Prawdziwie Tantalowi mękę będzie kiedyś przeżywał historyk, który zechce przeanalizować protokoły (a jeszcze lepiej taśmy, jeśli zostaną zachowane) Rady Miejskiej od 1990 roku. To raczej praca dla satyryka, a może i psychiatry. Nie zapomnę zresztą niegdysiejszego spotkania ze śp. dr. Olgierdem Kosowskim, gdy ten wychodził z gmachu ratusza z pewnej sesji RM. „Panie doktorze! – rzekł do mnie. „Jestem w najwyższym stopniu wstrząśnięty tym, co tam zobaczyłem! Kilku radnych powinno się natychmiast zgłosić do mego gabinetu, gdyż najwyraźniej mają kłopoty z własną osobowością!”. Po krótkiej charakterystyce ich wygłupów melancholijnie stwierdził: „I od tych ludzi zależy szczęście, a może i życie mojej rodziny i całego miasta!”.                        

13.IX 2011. Wzmianka o rejestracji BBTH w najnowszym, trzecim numerze bielskiego kulturalnego kwartalnika „Relacje-Interpretacje”. Przy okazji znalazłem bardzo ciekawy i odważny tekst pani Kingi Kawczak z działu Sztuki Muzeum pod znamiennym tytułem „Subiektywne notatki o marginesie”. Jest to dawno przeze mnie oczekiwana. Miażdżąca krytyka tzw. bielskiego środowiska plastycznego, zaprezentowanego na szumnie nazywającym się Bielskim Festiwalu Sztuk Wizualnych 2011 (polska festiwalomania, rozpoczęta za wczesnego Gomułki, ma się coraz lepiej). Poza kilkoma broniącymi się poziomem swych prac artystami, cała reszta, czyli przeszło setka (!) w swych pracach pokazuje „niechlujstwo, braki i zaniedbania warsztatowe (…) uchybienia kompozycyjne, rysunkowe” etc., nie mówiąc już o miałkości tematów prac (ani jedna praca nie nawiązywała nie tylko do tragedii smoleńskiej, ale w ogóle do problemów Polski i Polaków).

Dlaczego to piszę? Ano, dlatego, by za lat kilka, jakiś historyk opisujący dzieje kultury i sztuki Bielska-Białej na początku XXI w., nie oparł się i zawierzył tylko pompatycznym sprawozdaniom i wydawnictwom instytucji kulturalnych, tudzież autoreklamiarskim wypowiedziom samych artystów, ale uwzględnił dające wiele do myślenia głosy krytyczne. O tym, jak król był nagi.

22.IX 2011. Nowa ciekawostka odnaleziona w archiwum: dokumenty założenia wiatromierza (Wetterhäuschen) w parku ratuszowym w Białej w1905 r. przez Instytut Meteorologii w Wiedniu. Była to cała konstrukcja w formie budki z różnymi przyrządami, widoczna w załączonym do oferty folderze. Zakup kosztował 1550 koron. Co się stało z tym ciekawym obiektem, nie wiem (pracował jeszcze w 1918 r.).

Przy okazji znalazła się też ciekawa lista podkuwaczy koni (kowali) w Białej z 1913 r. Kuto konie (termin kompletnie zapomniany w B-B!): na placu Opatrzności Bożej 2 (mistrz Johann Schubert), na ul. Komorowickiej 59 (mistrz Maciej Machura) i na ul. Hałcnowskiej (mistrz Bruno Butscher), a więc na ulicach wyjazdowych z miasta. A kto pamięta podkuwaczy koni? Ja pamiętam jednego – aczkolwiek na razie nie znam jego nazwiska – który pracował przy ratuszu jeszcze w 1967 roku (!), tuż za strażnicą, przy tzw. starym szpitalu (przez „jego kuźnię” wjeżdża się na plac Ratuszowy).

26.IX 2011. Przespacerowałem się po centrum dawnej Wapienicy: smutny widok zamkniętego dworca kolejowego, nowa bryła hal Klingsporu (dawnej fabryki artykułów ściernych VIS) wzniesionych kilka lat na miejscu byłej fabryki sukna Vogta. Jedynym śladem po niej jest niezwykła eklektyczna kamienica-willa fabrykantów z końca XIX w., niestety z pozabijanymi oknami. Co się z nią stanie? A po drugiej stronie ul. Regera parterowy domek – pozostałość po wiejskiej zabudowie tej niedocenianej dzielnicy Bielska-Białej.

28.IX 2011. Odnotowuję – wycięto o s t a t n i słup tramwajowy przy ul. Piastowskiej, stojący przy płocie odnawianych właśnie warsztatów szkolnych dawnej Przemysłówki (róg Słowackiego). Szkoda kolejnej pamiątki historycznej.

30.IX 2011. Właśnie przeczytałem o odnowieniu unikalnego alpinarium przy schronisku na Szyndzielni, założonym w 1906 r. przez wielkiego patriotę Bielska, długoletniego kustosza jego muzeum, a z zawodu kominiarza, Eduarda Schnacka. Bardzo ładnie. Zastanawiam się jednak, dlaczego co kilka dekad trzeba go generalnie odbudowywać (za mojego życia już ze trzy razy)? Widać brakuje opiekunów, zapaleńców, a potem znów akcja… Notabene, jakoś przy okazji nie wspomniano o drugim alpinarium Schnacka, na tyłach jego domu przy ul. Listopadowej (naprzeciwko św. Trójcy), które zaniedbane po 1945 r., zostało ostatnio poważnie zdewastowane. Ginie kolejna pamiątka (bez fleszy).

2.X 2011. Ciekawostka dla interesujących się kulisami wydawnictw bielskich. Dotarłem do dokumentów na temat wydania w 1909 r. słynnej monografii Białej Erwina Hanslika. Jej nakład wyniósł 1.000 egzemplarzy (w tym 300 w trwałej okładce), tłoczono ją w sierpniu w znanej drukarni Karla Prochaski w Cieszynie, która zainkasowała za usługę 2.452 koron. Całość kosztów wydania wyniosła 4.471 koron, przy czym autorzy (E. Hanslik i F. Farny) otrzymali razem tytułem honorarium 1.600 koron (odpowiednik jednorocznej gaży młodego nauczyciela). Było to wynagrodzenie porównywalne z honorarium za teksty do najnowszej Monografii historycznej B-B, czyli raczej bardzo umiarkowane w stosunku do włożonej przez autorów pracy. Książkę sprzedawano po 7,5 korony, a więc dosyć tanio. Mimo to wiceburmistrz Schmeja zawiadomił autorów (z wyrzutem?), że po 3 latach sprzedaży rozeszło się zaledwie 40 % nakładu. Polacy jej raczej nie kupowali ze względu na jej niemiecko-nacjonalistyczne przesłanie, a Niemcy też jakoś nie byli skłonni chłonąć lokalną historię. Z innych akt wiem, że jeszcze w 1933 r. w muzeum miejskim w Białej zalegało przeszło 300 niesprzedanych egzemplarzy monografii (!). Dzisiaj to antykwaryczny rarytas.

12.X 2011. Analizuję całą teczkę archiwalii dotyczących polsko-niemieckiej batalii o dwujęzyczne nazwy ulic Białej w 1890 roku (stała na wyższym poziomie niż popisy obecnej RM), wywołanej słynną uchwałą jej Rady Gminnej o zaprowadzeniu nazw wyłącznie niemieckich. Przytoczę tylko fragment argumentów jednego z nielicznych radnych polskich, dr Bronisława Wydrychewicza (zapomnianego działacza polskiego): „C.K. Starostwo w Białej [które w haniebny sposób poparło działania nacjonalistów niemieckich – przyp. J.P.] nie zaprzeczyło notorycznego zresztą faktu, że znaczna część mieszkańców miasta Białej jest narodowości polskiej, że wielu tych mieszkańców języka niemieckiego wcale nic nie rozumie i rozumieć nie ma obowiązku, że ludność okoliczna wiejska z wyjątkiem małej części mieszkańców Lipnika i Chałcnowa [tak w oryginale – przyp. J.P.] jest wyłącznie polska i że nie ulega wątpliwości, że zadaniem nadania nazw ulicom jest ułatwienie orientowania się po mieście ludziom obcym, a w szczególności mniej inteligentnym(!)”. Uchwała ta „obraża poczucie narodowości naszej tem boleśniej, że dokonane zostaje nie w obczyźnie, lecz w naszym niejako domu, w kraju rodzimie polskim (chodziło o autonomiczną Galicję – przyp. J.P.)”.

Batalii nie wygrano, a jeszcze przed wybuchem I wojny światowej policja chciała ukarać dyrektora polskiej szkoły, że na nowym jej budynku wywiesił tabliczkę z polską nazwą ulicy (ul. Kolejowa – obecnie Legionów). Tak, awantury o nazwy ulic i placów w Bielsku-Białej maja długa historię, sięgającą XVIII wieku i jak widać, rozgrywającą się dalej na naszych oczach. Jest to tylko przejaw specyfiki historii lokalnej, ale i naszego całego kraju, targanego przez obce mocarstwa i ich polskich sługusów.

19.X 2011. Trzymam w ręce archiwalia związane z budową jednej z najpiękniejszych kamienic dawnej Białej – kamienicy dr Macieja Kwiecińskiego, wzniesionej latem 1895 r. przez budowniczego Emanuela Rosta juniora (obecnie róg ul. Legionów i Piłsudskiego) według własnego projektu. Co ciekawe, nie był pierwszy projekt obiektu. Rok wcześniej powstał projekt znanej bielskiej firmy Braci Schulz, z jakiegoś powodu niezrealizowany w całości, gdyż na nim oparł się wyraźnie Rost (sprawa budowy kamienicy trafiła nawet do sądu w Wiedniu). Oba projekty pięknie ręcznie rysowane i malowane.

Warto nadmienić, że jest to jedna z ostatnich kamienic w Białej, która nie była remontowana po 1945 roku, zachowując starodawną formę i swoiste pamiątki historii w postaci licznych śladów w tynkach ostrzału z pistoletów maszynowych z 1945 r. (z pepesz?). Ostatnio zabrano się natomiast do rekonstrukcji ślicznego, małego ogrodu na jej tyłach, który tak mnie fascynował w dzieciństwie, gdy przejeżdżałem obok niego autobusem MPK marki „Ikarus” linii „A” (lata 60.XX w.). To także jeden z ostatnich w śródmieściu przykładów zabytkowych ogrodów kamieniczników bielsko-bialskich z nieodłącznymi altanami, wciśniętego między fabryką szczotek i pędzli Braci Sennewaldt, a fabryką sukna Hessów.

20.X 2011. Dzisiaj z kolei znalazłem świetny mały katalog całkowicie zapomnianej wytwórni wozów i powozów Teodora Pissarka z ul. Komorowickiej sprzed stu lat. Czego to nie produkowano w tym naszym mieście „stu przemysłów”! I to według pomysłów w ł a s n y ch, żeby być konkurencyjnym. Dzisiaj (niemal) wszyscy zachwyceni naśladowcami-Chińczykami i ich tandetą.

Inną rewelacją jest drukowany w formie książkowej elaborat na temat zapory i zbiornika wodnego w Małej Straconce, których budowę rozważały władze Białej już w 1906 roku. Ze śmiałego projektu zrezygnowano z powodu m.in. oporu władz i mieszkańców góralskiej, mocno przeludnionej wioski. W konsekwencji, już w okresie międzywojennym Biała miała kłopoty z zasobami wody dla swego wodociągu i zmuszona była prosić Bielsko o pomoc.

23.X 2011. Dzisiaj mija setna rocznica śmierci ks. Stanisława Stojałowskiego, ważnej postaci w historii Bielska-Białej, budziciela i obrońcę polskości, wielkiego formatu, chociaż kontrowersyjnego polityka i kapłana. Czci go w mieście Stowarzyszenie „Dom Polski”, które odnowiło jego grób na Cmentarzu Rakowieckim w Krakowie. Spoczął na nim wieniec od prezydenta Bielska-Białej. Ładny i godny gest. Rocznicę odnotował dużym artykułem p. Jacka Drosta dodatek bielski do „Dziennika Zachodniego” z 21 października, trochę rehabilitując się za „olanie” uroczystości związanych z Józefem Piłsudskim.

Za to skandalicznie zachowała się (kolejny raz) Rada Miejska nie znajdując czasu na uczczenie wielkiego Polaka choćby minutą ciszy. Działaczom „Domu Polskiego” jej przewodniczący Jerzy Batycki miał rzec, że sprawa wypadła z programu! Jak w takiej sytuacji budować patriotyzm lokalny??

26.X 2011. Znalazłem nowe, interesujące materiały archiwalne na temat słynnej „bitwy nad Białą” 28 czerwca 1914 r. Wynika z nich prowokacyjna rola odegrana przez niektórych Niemców w Białej w tych wydarzeniach (np. fabrykanta Rudolfa Schmidta), podobnie jak żandarmerii powiatowej, której komendant, Polak Zieliński, gotów był już do wydania rozkazu strzelania do polskich manifestantów. Cudem nie doszło do masakry Polaków przez Polaków, co niewątpliwie ucieszyłoby różne czynniki niemieckie. Przychodzi czas na całościowe, wnikliwe zanalizowanie tej historycznie ważnej dla dwumiasta „bitwy”.

3.XI 2011. Jeszcze nie przebrzmiały echa obchodów kuc czci ks. Stojałowskiego, a już ci sami radni miejscy „popisali się” nową durnotą. Zgodzili się mianowicie na połączenie miejskiego Szpitala Ogólnego im. Edmunda Wojtyły z powiatowym Beskidzkim Centrum Onkologii im. Jana Pawła II, pozostawiając w nazwie nowej jednostki tylko imię Ojca Św. Jak szybko zapomnieli o uchwale swych poprzedników z 1995 roku w sprawie szpitala przy ul. Wyspiańskiego, o tych delegacjach słanych do papieża i jego podziękowaniach za przypomnienie w Bielsku-Białej ukochanego brata. Ale co tam, nazwiska i daty są po to, by nimi wygodnie żonglować, jak uczył „mistrz Jerzy Urban”! W Bielsku znalazł jak widać. Licznych naśladowców.

4.XI 2011. Otwarcie wstrząsającej wystawy w Akademii Techniczno-Humanistycznej ku pamięci straszliwego pożaru rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach w 1971 roku (40 rocznica). 37 ofiar śmiertelnych, większość młodych i bardzo młodych strażaków i żołnierzy ( z bielskiej jednostki OTK). Każdej poświęcona została jedna tablica z wieloma, nadzwyczaj interesującymi zdjęciami prywatnymi i oficjalnymi, głównie z pogrzebów. Rzuca się w oczy ich kościelny, manifestacyjny wręcz charakter (5-6 ofiar było z terenu obecnego Bielska-Białej). Często na plansze te patrzyli ich żyjący jeszcze koledzy. Było kilka przemówień i emocjonalny głosów rodzin, które zwracały uwagę na to, że przeważnie ich synowie (i córki) zginęli na skutek głupoty i nieudolności dowódców wojskowych i pożarniczych. Nie zostało to zresztą odnotowane na wystawie. Winni zostali „zapomniani” (na naszych oczach dzieje się tak ze zbrodniarzami z grudnia 1970 r. i innymi zbrodniami PRL-u). Sam pożar udało się ugasić dopiero przy pomocy Czechosłowaków.

Sam pomnik bohaterów, stojący na terenie ATH, został na szybko wypucowany, ale przez wiele lat, jak pamiętał trwał w kompletnym zapomnieniu i w cieniu pokrzyw.

4.XI 2011. To już 40 Biennale Malarstwa „Bielska Jesień”. W BWA jak zwykle tłumy, tym razem nie ma szałowych dziewczyn, panuje wszechogarniająca nas szarzyzna. Dziewoje wyglądają niemal jak Chinki (za chwile wyciągną „czerwone książeczki”). Nieco lepiej przedstawiają się za to młodzi (w większości) artyści. Tzw. obrazy cokolwiek koszmarne. I nagrodę – ministra kultury dostał obraz godny pochwały tow. Bieruta (trzeba tylko domalować murarza). Historia zatoczyła koło?

6.XI 2011. Idę na wystawę „Las Cygański na fotografii rodzinnej” przygotowanej w kilku lokalach przez Stowarzyszenie „Olszówka” pod patronatem BBTH. To zaledwie tylko część z wykonanych ok. 2000 skanów fotografii, imponujący zbiór powstały z niczego. Duszą całego przedsięwzięcia jest tutejszy imigrant a nasz kolega Jacek Zachara. Świetna inicjatywa, szereg b. ciekawych ujęć Olszówki Dolnej i Górnej i zamieszkałych tu niegdyś ludzi (np. zimowy widok niemieckiego cmentarza wojskowego, czy niektórych willi).

11.XI 2011. Dzień pełen wrażeń z tytułu Święta Niepodległości obchodzonego na wesoło i sportowo przez nasze Towarzystwo. Na każdym kroku wyrażaliśmy te dumę z dokonań przodków w naszym mieście – zrzucenia władzy jednego z trzech zaborców Polski – Austrii. To był autentyczny sukces! Przypominają się, mimo woli, słynne słowa Stanisława Staszica – „Upaść może nawet naród wielki – zginąć tylko nikczemny”. I wiara, że jednak – tam do licha! - to i owo nam się udało w tym nieszczęsnym XX wieku. Jak jednak przezwyciężyć kompleks patriotyzmu w narodzie tkwiącym w większości w prywatności?

O przebiegu samej imprezy nie będę pisał, natomiast powiem o pewnych wrażeniach: autentyczny entuzjazm uczestników, zarówno tych kilkuletnich, jak i ich rodziców lub opiekunów + fantastyczna atmosfera, również wśród pracującego z zapałem zespołu BBTH + całkowicie puste śródmieście mimo słonecznej pogody (niemal jakby to był stan wojenny) + dobra zabawa pod Pocztą. Nie bez znaczenia była końcowa panelowa dyskusja historyczna z udziałem sporej grupy uczniów Zespołu Szkół Ekonomicznych. Zaprzeczyła ona powszechnemu mniemaniu, że młodzież nie jest zainteresowana historią Polski.

17.XI 2011. Uroczysty koncert z okazji setnej rocznicy śmierci ks. Stanisława Stojałowskiego z wystąpieniami gości – m.in. prezydenta Bielska-Białej (zawsze zorientowanego w charakterze imprezy) i podsumowującym referatem piszącego te słowa, w nowej Sali koncertowej szkoły muzycznej. Przyjrzałem się architekturze tej jednej z najnowszych budowli Bielska-Białej. Poza samą salą z ponoć znakomitą akustyką reszta fatalna. Jakieś pomieszanie postmodernizmu z eklektyzmem, w środku okropne miedziane blachy. W stosunku do niej stara Strzelnica (BCK) wygląda wykwintnie.

20.XI 2011. Odsłonięcie już drugiej tablicy w katedrze p.w. św. Mikołaja (w kaplicy Matki Boskiej Częstochowskiej), poświęconej zasługom ks. Stojałowskiego na polu narodowym w Bielsku i Białej. Mniej znany jest fakt zasług prałata dla lokalnego Kościoła katolickiego, dzięki któremu utrzymała się liturgia i śpiewy polskie w najgorszych czasach panowania austriackiego. W raczej pustawym kościele było dosyć cicho. Zupełnie inaczej wyglądało to w 1988 roku, gdy poświęcano pierwszą tablicę, ufundowaną przez Duszpasterstwo Ludzi Pracy i NSZZ „Solidarność”. Były tłumy, zwabione jutrzenką wolności, a magnetofoniki SB kręciły się uparcie.

Na upamiętnienie czeka jeszcze kilku wybitnych kapłanów katolickich, ważnych niegdyś w życiu dwumiasta. Choćby ks. Władysław Mączyński z parafii Opatrzności Bożej (zamordowany w 1942 r.). Myślę, że i BBTH odegra tu swoją rolę.       

25.XI 2011. Niespodziewana puenta do historycznych wydarzeń w Białej z 1 listopada 1918 r. Mam właśnie przed sobą protokół nadzwyczajnego posiedzenia jej Rady Gminnej w dniu 30 lipca 1914 r., tj. po ogłoszeniu wojny Austro-Węgier z Serbią. Stwierdzono na nim, że wybuch wojny przyjęto „ze spokojem i zadowoleniem” i z wiarą, że „nasza niezwyciężona armia” pokona wroga. Na cześć cesarza Franciszka Józefa I hoch! hoch!hoch! Biedacy, nie wiedzieli, że krzyczą tak już nad trumną monarchii, o której Józef Piłsudski już za rok miał powiedzieć „Z trupami nie idę!”. O jej zgonie dowiedział się zresztą jeszcze w twierdzy magdeburskiej.

26.XI 2011. Taż sama Rada Gminna na innym posiedzeniu w kwietniu 1914 r. wysłuchała interesującego wykładu jej radnego, nacjonalisty Adolfa Bartlinga na temat „polskiego najazdu” na „niemieckie miasto Biała” w świetle ostatnich danych demograficznych. Za jedne z głównych przyczyn uznał gnuśność miejscowych Niemców i ich pesymizm oraz niską dzietność, a zwłaszcza niechęć Niemek do posiadania dzieci. Wzywał więc do okazania „pomocy niemieckiej matce”, traktując ją w kategoriach obowiązku (zaczynając od radnych…). Można się z tych dywagacji śmiać, ale czyż w naszych czasach w podobnej sytuacji nie są bielsko-bialscy Polacy?

29.XI 2011. Trafiłem w pewnej sprawie do Szpitala Pediatrycznego. Mój Boże! Piękne niegdyś koszary 3 pułku strzelców podhalańskich znajdują się w tragicznym stanie! Nie mogę patrzeć na to, do jakiego stanu je doprowadzono już po 1989 roku. Za to biura administracji w supernowoczesnej formie, godnej niemal siedziby zagranicznego koncernu.

30.XI 2011. Na archiwalnych kartach śledzę ciekawą postać bielskiego przedsiębiorcy kinowego Adolfa Zenkera, rocznik 1872, czeskiego Niemca, zamieszkałego potem w Cieszynie, a następnie w Bielsku i Białej. Był właścicielem bodaj pierwszego kina w „Hotelu Kaiserhof”, czyli w hotelu zwanym potem „Prezydent”, działającego już przed 1900 r., a następnie kinoteatru „Apollo” Potem starał się bezskutecznie (wraz z żoną Otylią) o koncesję kinową w Białej. Zmarł 3 lipca 1945 r., jego grób jest na cmentarzu katolickim w Białej, ale nie ma go w księdze zgonów! Przypuszczam, że był ofiarą UBP w Białej (podobnie jak jego syn Adolf, zmarły zaledwie 2 miesiące potem).      

4.XII 2011. Byłem na krótkiej uroczystości odsłonięcia i poświęcenia jubileuszowej tablicy „700-lecia Mikuszowic” przy kościele św. Barbary, ufundowanej staraniem Stowarzyszenia Mieszkańców Mikuszowic Krakowskich. Tych ostatnich, pomimo mszy św. i trwającego odpustu, tylko garstka emerytów. Sama piaskowcowa stella z tablicą przesłonięta fatalnie ogromnym łańcuchem okalającym parking. Symboliczna wręcz scena naszych czasów…

Swoją drogą ciekawe, jak długo utrzymają się przydomki „Krakowskie” na oznaczenie prawobrzeżnych dzielnic B-B. Wszak wprowadzono je dopiero w okresie PRL-u!

5.XII 2011. Kolejna archiwalna ciekawostka – pewien 17-letni młodzian z Komorowic otrzymał 2 grudnia 1937 r. wyrok Sądu Okręgowego w Wadowicach w postaci grzywny w wysokości 10 zł za udział w zajściach antyżydowskich w Białej w dniu 19 września, a w szczególności za to, że „rzucał kamieniami i powybijał niemi okna w synagodze i budynkach żydowskich i tym wybrykiem zakłócił spokój publiczny”. Wyroki tego typu spadły na wielu uczestników tych karygodnych wydarzeń, ale pierwszy raz widzę konkretny dokument.

Tu dygresja – w dawnym Bielsku i Białej, jak się kogoś nie lubiło z powodów politycznych, czy też narodowych, wybijało się mu szyby. Równocześnie przeczytałem w bielskim „Anzeigerze”, że w lipcu 1910 r. wybito szyby w polskiej bursie na ul. Wenzelisa w Białej (obecnie przedszkole przy ul. Sempołowskiej). Nie pochwalamy, ale lepsze to niż strzelanie do ludzi, „modne” zwłaszcza w rzekomo cywilizowanych Niemczech.  

8.XII 2011. Mam przed sobą w naszym archiwum bielskim papier firmowy kupca (dostawcy furażu) z Bielska Leona Findera, ojca wstrętnej pamięci komunisty Pawła z PPR oraz piękny afisz w języku niemieckim – przedruk pisma cesarza Franciszka Józefa I do premiera austriackiego Stürgha z 4 lipca 1914 r. z podziękowaniami za kondolencje rządu z powodu śmierci następcy tronu arcyks. Franciszka Ferdynanda. Habsburskich śladów w aktach miasta Białej jest całe mnóstwo, możnaby z nich stworzyć niezłą wystawę.

Z innej beczki. Czyta się obecnie ciągle o chamstwie niektórych kierowców samochodów. Ale sto lat temu wcale nie było lepiej. Oto dyrektor Polskiego Seminarium Nauczycielskiego w Białej skarży się w piśmie do burmistrza z maja 1914 r. na takie właśnie częste zachowanie woźniców, którzy wjeżdżają z końmi na siłę w maszerujące do szkoły lub kościoła dzieci.

12.XII 2011. W świetle czytanych przeze mnie akt archiwalnych wraz z budową nowej plebanii katolickiej w Lipniku w 1905 r. wyremontowano okalający kościół mur (ponownie remontowany był po stu latach!). Nie bez przygód finansowych. Koszty tych działań przerzucono w sposób jak najbardziej na podatników, arcyksięcia Habsburga z Żywca (jako kolatora) oraz Kolej Północną. Ta ostatnia uznała sprawę za naciąganą, bowiem jedynym powodem nałożenia nań swoistego haraczu (2.597 koron) był fragment linii kolejowej Bielsko-Żywiec, istniejący w owym czasie na terenie gminy Lipnik. Po pyskówce jej władze wycofały się. Dzisiaj gminy także szukają łatwego łupu (vide fotoradary). 

14.XII 2011. Małe odkrycie w bialskich archiwaliach, w których niespodziewanie znalazłem akty sądowe dotyczące wykonania testamentu śp. Leopoldyny Strzygowskiej zmarłej w 1909 r., wdowy po milionerze-przemysłowcu Franciszku z Grodźca, o którym już pisałem i mówiłem. Okazuje się, że część majątku (papiery wartościowe) przeznaczona została na krajowy fundusz szkolny dla Śląska Austriackiego. To był gest (pod odliczeniu oczywiście podatku spadkowego, który połknął ¼ donacji)!  

15.XII 2011. Wieczór wspomnień o przedwojennym Związku Strzeleckim w Białej Krakowskiej w postaci opowiadania p. dr Andrzeja Poraniewskiego (lekarza położnika), syna małżeństwa działaczy tej organizacji. Ciekawe zdjęcia i oryginalna kronika z 1936 r., z obozów szkoleniowych organizowanych przez ZS w okolicach. Najzabawniejszym momentem spotkania było zaplątanie się prelegenta w sprawy wychowania dziewcząt, by nie znalazły się „na ulicy” i jego przejście do kwestii burdeli w B i B. W tym momencie nastąpiło wyraźne ożywienie wśród męskich słuchaczy…

16.XII 2011. Jeszcze nie tak dawno komuniści zabraniali w ogóle nauki religii w szkołach państwowych. A sto lat temu, w gorącym 1914 roku, tuż przed wybuchem wojny, gdy wyraźnie rozlatywała się niemiecko-polska koegzystencja w Białej, toczył się w niej zacięty bój o prawo do nauki religii w Szkole Miejskiej w języku polskim. Czego się nie chwytali nacjonaliści niemieccy – nawet plebiscytu wśród rodziców i dzieci, przekupywania ich lub grożenia im zwolnieniami z pracy, byle wyprzeć z życia publicznego polszczyznę! To były metody rodem z Prus i ekscesów w Poznańskim, chociaż to nie Białą, a Bielsko niektórzy współcześni nazywali „małym Berlinem”. 

17.XII 2011. Zaproszono mnie jako przedstawiciela BBTH na spotkanie opłatkowe bielskiego oddziału Związku Strzeleckiego „Strzelec”, czyli Strzeleckiego Obwodu Piechoty Górskiej, z którym współpracowaliśmy 11 listopada. Wesoła, patriotyczna młodzież w wieku 15 – 25 lat, są nawet dziewczyny. Pojawienie się kilku kombatantów II wojny światowej (w tym z NSZ) wywołało duże zainteresowanie. Tak mija historia – ostatni z wielkich śpiewali radośnie „I Brygadę” wraz z młodymi ich następcami. Ktoś słusznie zauważył, że słowa tej pieśni znów niestety nabrały aktualności. Większość młodych Polaków woli się „ustawiać”.

19.XII 2011. Smutny widok z kładki nad dworcem PKP: posiekane szczątki nitowanego mostu kolejowego znad Białej (służył przeszło 60 lat) i zarośnięte trawą liczne, puste torowiska. Gdzie te mnogie węże towarowych pociągów okupujące każdy wolny tor stacyjny jeszcze 25 lat temu? Ten dworzec jest już skansenem. Najwyższy czas, by ktoś go zinwentaryzował i dokładnie sfotografował zanim obróci się w perzynę (nie mogę patrzeć na niszczejący dworzec towarowy z samosiejkami w torowiskach – tyle wspomnień z nim związanych od 50 lat!).

21.XII 2011. Z przyjemnością przeglądałem w archiwum reklamowe foldery francuskich i austriackich firm samochodowych z 1914 roku oferujących różne modele autobusów i trolejbusów władzom miasta Białej rozważających zastosowanie takowych na swych ulicach w ramach komunikacji miejskiej. Niestety wybuchła wojna i pomysły wywietrzały. Zostały nam foldery i rewelacyjne zdjęcia (trolejbusy w Alpach na wysokościach 2.500 m n.p.m.!). Tu przypominają mi się te dupki bielskie z ratusza, co to do dziś twierdzą, że elektryczne wozy nie wyjechałyby na Złote Łany.

22.XII 2011. Pierwszy raz udało mi się natrafić w aktach bialskich na dokumenty związane z Legionami Polskimi w Białej, m.in. pismo Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” z 17 sierpnia 1914 r. zawiadamiające władze o zamiarze wysłania „na plac wojny przeciw Rosji” około 100 ochotników i w związku z tym urządzenia zbiórki na ich umundurowanie. Magistrat bialski, dotychczas nieprzyjazny Polakom, przeznaczył na ten cel 100 koron. 

27.XII 2011. Wstrząsnął mną artykuł w świątecznej „Kronice Beskidzkiej” na temat awantury na sesji Rady Miejskiej o „porządki” w Olszówce. Chodzi o „putinowskie” przywołanie społecznego Stowarzyszenia „Olszówka” do tablicy przez prezydenta miasta. W jego typowym stylu, czyli miast przyjąć słuszną krytykę, należy samemu zaatakować, nieważne na jaki temat (zawsze się znajdzie na podorędziu). Takie „rozegranie” sprawy ćwiczymy w B-B od wielu lat. Jakoś nikomu to nie przeszkadza poza grupką bezpośrednio zaatakowanych (o czym świadczą wyniki wyborów). Jak zwykle winni są dziennikarze i ci z „Olszówki”. Zachodzi jednak zasadnicze pytanie: co w takim razie robi armia b. dobrze płatnych, pełnoetatowych 900 urzędników miejskich, by gnojówki nie wylewano od lat w najpiękniejszym (podobno) parku miasta??

Żal mi kolegi Jacka: chłopisko rozmarzy się, nagoni się, naprosi kosztem życia rodziny, a i tak jest winien.

28.XII 2011. Przejazd nową obwodnicą wschodnią (w obie strony) dostarcza różnych historyczno-topograficznych wrażeń, jak na przykład nieoczekiwane wyeksponowanie kościoła w Lipniku - w swej obecnej szacie architektonicznej (koniec XIX w.) niezbyt interesującego, ale „panującego” nad tą okolicą od XIV w. – oraz przejazd nad fascynującą mnie od szeregu lat doliną Krzywej. Zachęcam do wiosenno-letnich spacerów po niej (tylko nie patrzyć na wysypisko śmieci, chociaż już częściowo „spacyfikowane”). Tam jeszcze nie dotarli deweloperzy i Miejski Zarząd Dróg!

30.XII 2011. Oj, co się porobiło! Ktoś wreszcie przeczytał artykuły zamieszczone na naszej stronie i wyczaił krytyczny mój artykuł o herbie powiatu bielskiego. Tym „kimś” okazało się koło cieszyńskie (!) RAŚ, które od razu wywaliło memoriał do starosty z żądaniem zmiany heraldycznego bubla. I dopiero po takim „upolitycznieniu” moja krytyka (wcześniej publikowana w prasie) zainteresowała odpowiednie „czynniki”, w tym także „Dziennik Zachodni”. Smutne to. A kolega Prezes ostrzegał – trzymajmy BBTH z dala od polityki! Niestety Prezesie, w na pół totalitarnej znów Polsce nie da się uciec od niej. Wszystko jest polityką, a już zwłaszcza problem czarnego orła oświęcimskiego na błękitnym tle, który nie znalazł się w rzeczonym herbie.

Czytelniku! Tylko nie myśl, że jesteśmy jakąś przybudówką Ruchu Automii Śląska!

31.XII 2011. Wysiadając z autobusu na ryneczku w Lipniku, opadła mi szczęka: na stojącym nieopodal nędznym budyneczku (właściwie szopie) widniała nowa reklama: EURO-STOLARNIA. To się nazywa „wyczucie czasów”. A jeszcze mam przed oczyma te wszędobylskie napisy: „Park Ludowy”, „Gospoda Ludowa” etc. Ledwo minęło 20 lat (jak w międzywojniu), a już wstępujemy w nowy socjalizm, tym razem w ten z centralą w Brukseli (a raczej w Berlinie). A już uwierzyłem w humor czeski, miało być „To se ne wrati”…

2.I 2012. Na powitanie Nowego Roku kontempluję odnowioną „superwillę” Deutschów przy ul. Piastowskiej, czyli siedzibę WKU. Restauracja podupadłego budynku podoba mi się, wreszcie ktoś zadbał o odpowiedni jej poziom (fantastyczne miedziane rynny ze zbornikami!). Willa tryska teraz urodą architektury modernistycznej z z ok. 1922 r., tak typowej dla dwumiasta, a gospodarz raczej gwarantuje, że nie zdewastują jej współcześni bielscy „terroryści”, czyli tzw. złomiarze (na temat wyrządzonych przez nich szkód w zasobach zabytkowych B-B można by wiele napisać). W zestawieniu z tym stylem w budownictwie większość współczesnej tzw. architektury postmodernistycznej przeraża swoją brzydotą. O jakiej architekturze współczesnej będą pisali przyszli historycy sztuki w B-B?

 5.I 2012. Wstąpiłem na wernisaż dwóch wystaw bielszczan do BWA Pierwsza – plakaty Wiktora Górki, gościa rodem z Komorowic (Krakowskich, 1922-2004), jednego z mistrzów polskiej szkoły plakatu z czasów PRL-u, pracującego 30 lat w Meksyku, pozostawiła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony znajome, dla mnie jako dawnego kinomana, plakaty filmowe z lat 60.-70. (fantastyczny „Kabaret”), z drugiej typowe produkcyjniaki z żołnierzem i traktorzystą lub gomułkowską cepeliadą. Z pewnością nie należał do tzw. niepokornych…
       Druga wystawa – Czesława Wieczorka (1931), w moim odczuciu ważna w warstwie narracyjnej. Wreszcie facet (z Bystrej), który ma coś konkretnego do powiedzenia. I nawet nie chodzi o ciekawy cykl obrazów żydowskich, mających w sobie coś z Chagalla, ale o obrazy najnowsze, wręcz polityczne – na temat UPA, Smoleńska, pajacowatego Sejmu RP, pseudoblichtru i znikczemnienia narodu, kryzysu Kościoła i diabła pukającego do ścian klasztoru. Ten potworkowaty Stańczyk w Sejmie, czy uciekający ze świątyni Chrystus z krzyżem, pod którą cumuje limuzyna-mercedes przestraszonego proboszcza… Idźcie, zobaczcie, myślcie!

6.I 2012. Pofatygowałem się pod katedrę, by obejrzeć początek nowej tradycji (?) religijnej w Bielsku, czyli pochód Trzech Króli. I bardzo się rozczarowałem. Króli ani wielbłądów nie widziałem, tudzież innych akcentów betlejemskich poza gromadą młodocianych pastuszków na modłę górali żywieckich (?). Za to pojawili się liczni reprezentanci różnych towarzystw (łącznie z mundurowymi!), tzw. siły polityczne (!) i biskupi oraz cała masa dziwnych chorągiewek rodem z Hiszpanii (podobnie jak papierowe korony na głowach uczestników). Pochód zakończył się na rynku występem zawodowego zespołu „Dzień dobry” (!) i niby wspólnym śpiewaniem kolęd. Jakoś to wszystko mi nie pasowało do przywróconego święta, a raczej wyglądało na kontrpochód pierwszomajowy.

9.I 2012. Twórczość nazewnicza właścicieli nowych knajpek i zajazdów warta jest zauważenia (knajpy – zawsze były ważnym elementem miejskiej tradycji). Oto przykład najnowszy:  dość wytworny Dom Gościnny „Przy Cesarskim Trakcie” – ul. Cieszyńska 3  i ludowy „Cafe Bar na zielonym świetle” – skrzyżowanie ul. Komorowickiej z ul. J. Piłsudskiego, w dawnej ZPW „Wedze”, czyli fabryce Hessów. Druga nazwa – prawdziwe signum temporis (oczywiście jadłospis wywalony jako reklama na zewnątrz z nieśmiertelnymi „flaczkami”). Swoja drogą, jakby ktoś nie wiedział, gdzie na A 1 zaczyna się dawna Kongresówka, niech patrzy na gospody – tam gdzie wywieszone są już „flaki”.

11.I 2012. Któryś z kolegów niedawno pytał mnie o datę założenia tzw. ogródka jordanowskiego w Białej przy ul. W. Broniewskiego (do ul. Zielonej). Teraz znalazłem odnośne dokumenty. Powstał on jako ogród zabaw dzieci na wniosek kilku towarzystw społecznych (Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, Towarzystwo Opieki nad dziećmi), szkół i instytucji (Powiatowa Kasa Chorych) na podstawie uchwały tzw. Rady Przybocznej przy komisarzu rządowym miasta Białej dr Zygmuncie Döllingerze z 12.IX 1930 r. Jego projekt opracował tandem Stanisław Szumiec (dyr. szkoły ogrodniczej) – Stanisław Schauer (właściciel zakładu ogrodniczego), a pierwsze drzewka i krzewy zasadzono w nim w maju 1931 r. Ogród objął teren o wielkości ok. 1,2 ha, w XIX w. zresztą sporny między Białą a Lipnikiem. Niestety wskutek obrania tzw. społecznej drogi budowy ogrodu, jego tworzenie ślimaczyło się, przy indolencji szeregu osób. Swój kształt nabrał on dopiero około 1950 r.
Jako ciekawostkę dodam, że zasadzono w nim w 1931 r. 32 topole tzw. piramidalne i 13 wierzb płaczących, z których do naszych czasów dotrwała tylko mała część. Dobrze znam ten ogród i te topole, pamiętam, jak chyba z 10 z nich połamało się na moich oczach niczym zapałki w czasie słynnego letniego huraganu bodaj w 1967 roku.

14.I 2012. Młodzi członkowie Towarzystwa ekscytują się różnymi pamiątkami z czasów PRL-u, więc muszę im polecić typową wystawę z tamtych czasów. Nie, nie, nie muszą chwytać za laptop ani lecieć do kina! Muszą tylko wejść do holu Dzielnicowej Biblioteki Publicznej w Białej. W nim planszowa wystawa „Obrazki z dziejów historycznych Polski” (sama nazwa już jest kuriozalna). I co widzimy – ano, nasze dzielne Ludowe Wojsko Polskie miażdży hitlerowskiego wroga pod Lenino, nad Odrą i w Kołobrzegu!
Niestety czas zatrzymał się w tej placówce kultury (?), dawnym pałacyku fabrykantów Strzygowskich, na roku 1989. Patrząc na „socjalistyczne” jeszcze wyposażenie, mam ochotę zawiesić tabliczkę z napisem „Nie ruszać! Żywy zabytek PRL-u”.

16.I 2012.  Wiele teczek Archiwum Miasta Białej z przełomu XIX/XX wieku zawiera różnego rodzaju dokumentację (hm, hm) funkcjonowania osławionego burdelu, pardon, „domu nierządu” (wg oficjalnej nomenklatury) Leopolda i Marii Blechnerów (pochodzenia żydowskiego) przy ówczesnej ul. Nad Niwką (obecnie ul. ks. S. Stojałowskiego) nr 2. Można napisać na tej podstawie napisać wręcz monografię… Dzisiaj wpadł w moje ręce ciekawy dokument z procesu wytoczonego w 1915 r. przez byłą „dziewczynę” (zamężną!) właścicielom przybytku o ogromną kwotę 79.680 koron tytułem nienależnych im rzekomo zysków. Obiektem „dyskusji” sądowej był czasokres sierpień – grudzień 1914 r., a więc początku I wojny światowej, gdy „ruch w tym domu był wielki i wszystkie pokoje były obsadzone”. No cóż, wiadomo, wojskowi…

19.I 2012.  Czytając kolejne dokumenty w archiwum zdałem sobie sprawy czego już nie ma w naszym mieście: turkotu wozów konnych i odgłosu kopyt końskich bijących o bruk lub asfalt. Należę chyba już do ostatniego pokolenia bielszczan, które ma te dźwięki jeszcze zapisane w podświadomości. Pamiętam ten turkot – dnie targowe w Białej z ulicy Żywieckiej, Lipnickiej czy Broniewskiego. A teraz czytam o żądaniach dyrektora Państwowej Szkoły Handlowej w Białej Leopolda Deimela z lat 1935-36 wobec Zarządu Miejskiego, aby ten wyłożył jezdnie (pokryte kocimi łbami) koło szkoły płytami asfaltowymi dla zmniejszenia turkotu, który nie pozwała na prowadzenie nauki nawet przy zamkniętych oknach. Profesor nie doczekał się niestety takiej inwestycji, chociaż przed innymi szkołami zastosowano w jezdniach wyciszające kostki drewniane (!).
Dzisiaj sprawy załatwia się te sprawy piykną stolarką plastykową, mając sprawy nauki w takim samym urzędniczym nosie.

20. I 2012. Informacja po pobycie, pochodzącego z naszego miasta, prof. dr Zygmunta Łodziany z Uniwersytetu Jagiellońskiego, europejskiej sławy z dziedziny fizyki jądrowej. Aktualnie mieszka w Szwajcarii, gdzie pracuje w jednym z zespołów eksperymentujących przy słynnym, największym na świecie, akceleratorze jądrowym. O takich wielkich Polakach, z których możemy być dumni i brać przykład, nikt nie mówi w mediach, ważniejsi są obnażający się duchowo i dosłownie celebryci. Prof. Łodziana pochodzi z rodziny rzemieślniczej w Białej (znanej mi z archiwaliów).

 21.I 2012. Polecam bardzo interesujący rozdział socjologiczny o społeczeństwie B-B po 1989 roku, zamieszczony w IV tomie „Monografii miasta”. Niektóre dane i opinie, sporządzone na podstawie badań ankietowych są szokujące. Bielszczanie są antyspołeczeństwem obywatelskim – 90 % mieszkańców w żaden sposób nie działa na rzecz swojego otoczenia – ulicy, osiedla, dzielnicy i całego miasta! Odpowiada im wyłącznie „kultura telewizorowi” + „kultura hipermarketów”, a najlepiej czują się we własnym domu. Poziom ich integracji z miastem jest niski, przejawiający się w totalnej ambiwalencji wobec spraw B-B, co wynika głównie z ich pochodzenia z innego regionu Polski. W rezultacie miasto nie jest ich domem! Jak wobec tych danych pracować nad rozpowszechnianiem tożsamości miejskiej i regionalnej, jednego z celów BBTH?

 22.I 2012. Jeszcze gorzej wygląda w świetle badań socjologów młodzież bielska. Blisko 80 % z nich chce tylko siedzieć w domu i grzebać w Internecie. Rzeczywistość za oknem (poza szkołami) nie interesuje ich. Liczą, że uciekając w totalną prywatność miną ich w życiu problemy społeczne, nie mówiąc o polityce. No, pożyjemy, zobaczymy… Inna sprawa, wielu z ich uważa (chyba słusznie), że „miasto nie jest przyjazne dla przyszłości młodych wykształconych ludzi”, a aż 72 % pragnie wyjechać za granicę po ukończeniu nauki w szkołach!

Cieszy jedynie fakt, że „zdecydowana większość mieszkańców dostrzega potencjał miasta tkwiący w jego ciekawej lokalizacji oraz bogatej historii” i architekturze. Więc koledzy z BBTH – nie wszystko stracone! W górę serca!

 24.I 2012. O wadach polskiego wymiaru sprawiedliwości napisano już całe tomy i zapełniono tysięczne łamy gazet. I nic się nie zmienia. W tym miejscu chcę tylko przypomnieć najdłuższy bodaj proces w historii bielskiej Temidy, czyli proces o zawalenie kamienicy przyrynkowej w Bielsku, co stało się 5 grudnia 1998 roku. Słynna to sprawa. O samej katastrofie powiadomiły liczne media polskie i zagraniczne, ruiny, stojące przez kilka ładnych lat, były często obfotografowanie, stając się nawet przedmiotem lokalnych rozgrywek politycznych. Ale pies z kulawą nogą nie zainteresował się procesem sądowym wytoczonym (dopiero1,5 roku po katastrofie!) przed Sądem Rejonowym w B-B. Proces ten ciągnął się do 2010 roku, a więc ponad 10 lat (!!!), obfitując w skandaliczne wydarzenia, jak np. trzykrotną wymianę składu sędziowskiego i inne niespodzianki (np. winni właściciele i kierownicy firmy budowlanej przez kilka lat przedstawiali L-4, a sąd ich nie sprawdzał). Zresztą nie mam pewności, czy proces się zakończył, bo chodzą słuchy, że trwa właśnie czwarte rozdanie (!). Zastanawia mnie w tym wszystkim zwłaszcza jedno – czy tak długa heca jest wynikiem kompletnej degrengolady sądu bielskiego, czy też przejawem omnipotencji układów korupcyjnych?

Za wszystko płacą cały czas podatnicy, w tym również za odbudowę kamienicy. Ja, od czasów tragicznej śmierci muzealnego archeologa, Stanisława Pawłowskiego w 1995 r. i kuriozalnego procesu w tej sprawie, nabrałem wszelkiej odrazy do polskiej Sprawiedliwości (?). A jak jeszcze sobie wspomnę wyczyny takich sędziów jak osławiona p. Barbara Piwnik, to… tam, Panie tego, tam…

 27.I 2012. Zamieszanie wokół ACTA, także w B-B. A ja się tylko pytam tych młodych protestujących – ilu z nich kradnie bezczelnie moje teksty z książek i opracowań o historii Bielska-Białej, publikując je w Internecie, często pod swoimi nazwiskami lub pseudonimami?!

 26.I 2012. Dzisiaj z kolegą Piotrem przesiedzieliśmy kilka godzin na komisji ds. nazewnictwa ulic i placów B-B. Dyskusja toczyła się znów wokół upamiętnienia Ronalda Reagana i zabitych prezydentów RP – Kaczyńskiego i Kaczorowskiego. Niestety upolityczniona (czyli z udziałem radnych) po rozróbie sierpniowej komisja nie jest już tym czym była. Trzeba tłumaczyć sprawy podstawowe. Wiedza niektórych osób jest żenująca, np. generał Anders kojarzy się komuś z rzekomym przyłapaniem go z kochanką w łóżku przez przybyłą z daleka żonę. „Do tego” prowadzi ignorancja, magiel w polskich mediach oraz zbijanie bąków na lekcjach historii (tudzież brak encyklopedii w domu).

Gdybyśmy natomiast mieli przekreślać wybitnych ludzi za różne wyczyny łóżkowe, no cóż, nie byłoby encyklopedii. Miał rację nasz wielki król Batory (nb. otruty przez agentów Moskwy), mówiąc do Polaków – „nie jestem panem waszych sumień”.

 28.I 2012. Uczestnicząc w smutnej ceremonii pogrzebowej mej cioci – Anny Herok, świadka historii Bielska (92 lat), mimochodem przyjrzałem się dokładnie wyglądowi prezbiterium katedry św. Mikołaja. Mówiąc krótko – nie zachwyca. A już nowo sprawione ławy kanonicze, tron biskupi i ambona to czysta stolarska szmira. Jak w tym sztafarzu dbać o sacrum? Najstarsza świątynia bielska najwyraźniej nie ma szczęścia do przeróżnych modernizacji.

 30.I 2012. Ciekawym pomysłem byłoby opracowanie na temat „Niezrealizowanych pomysłów architektonicznych w Bielsku-Białej” w dających się ogarnąć źródłowo wiekach XIX-XX. Czego by tam nie było! Niewątpliwie w opracowaniu tym brylowałyby nie tylko poronione koncepcje osławionego „Antka burzyciela”, ale i szeregu utytułowanych architektów, w tym wielu żyjących. Oczywiście nie mogłoby zabraknąć zaściankowych „wizjonerów” z Biura Rozwoju Miasta.

Do opracowania tego wrzucam pierwszy kamyczek: projekt budowy kompleksu mieszkalno-koszarowego Wojska Polskiego na miejscu obecnej elektrociepłowni z 1925 roku, na pustych wówczas polach podarowanych Polskiej Akademii Nauk przez Karola Stefana Habsburga. Cięcia budżetowe uczyniły go nierealnym.

1.II 2012. Zupełnie zapomniana postać w Białej to na przykład Józef Wojtyła, formalny stryj papieża Jana Pawła II, którego nie miał szansy poznać. Urodzony 9 listopada 1896 roku w Białej i w niej zamieszkały przy ojcu Macieju, cechmistrzu krawieckim, został zmobilizowany do wojska austriackiego na początku 1915 r. Poległ w tym samym roku na froncie rosyjskim. Już kilka razy odnalazłem go w papierach archiwalnych.

 2. II 2012. Mróz. „Zima niczego”, jak pisał klasyk poezji komunistycznej i obrońca Ojczyzny przed bolszewikami w 1920 r., Władysław Broniewski. Zamknąłem właśnie doczytany IV tom monografii Bielska-Białej, którego końcówka, mówiąc brzydko, „zniesmaczyła” mnie okrutnie. Propaganda sukcesu, w stylu poprzedniej monografii miasta z 1971 r. Ale nie chcę wchodzić w meritum sprawy i rozpatrywanie istotnej treści „pozorowanej demokracji”, z jaką mamy do czynienia i nad Białą. Zwróciłem bowiem uwagę na zupełnie inną kwestię – na zmniejszającą się dość gwałtownie liczbę posiadanych woluminów przez naszą, tak chwaloną w tej końcówce Książnicę Beskidzką. Jak to się dzieje, że w latach 90. było ich ponad 750 tysięcy, a obecnie jest ledwo 600 tysięcy, a przecież co roku dokonuje się dużych zakupów nowości (nie liczę tych kilku darowanych przeze mnie)? Odpowiedzi na tak nurtujące mnie pytanie jest kilka:

1/ Czytelnicy tak zaczytują je, że zostają strzępy (wątpię, bo czytelników jest około 35 tysięcy, mimo, że to głównie młodzież i studenci),

2/ Czytelnicy kradną (jeszcze bardziej nieprawdopodobne, w każdym razie nic o tym nie wiadomo),

3/ Książki same rozsypują się na proch – jak w „Wehikule czasu”, co przy fatalnej ich produkcji z lat 80. jest możliwe, ale mimo wszystko nie na taką skalę,

4/ Pracownicy biblioteki nieustannie „czyszczą” zasób pod względem poprawności w stosunku do aktualnej linii rządu – jak w Orwellu. Przypuszczenie interesujące (wiem, że kilku mi znanych bibliotekarzy uwielbia tego autora), ale na szczęście także nieprawdopodobne z uwagi na nieustanne zawirowania polityczne,

5/ Pan Karol nie ma czym palić w kotłowniach kilku starszych budynków biblioteki wobec ciągłych oszczędności w budżecie Biblioteki. Raczej odpada, ale…

Niestety udokumentowaną sprawą jest bielski zwyczaj masowego palenia książek lub oddawania ich na makulaturę, pod różnymi zresztą pozorami. Rozpoczęli te praktyki Niemcy w 1939 roku, likwidując polskie i żydowskie książki. Od 1945 r. robili to Polacy i Żydzi, likwidując niemieckie książki (m.in. na dziedzińcu Zamku). Po 1950 r. robili to Polacy-staliniści, likwidując przedwojenne i „niesłuszne” książki. A potem to już szło administracyjnie, przy okazji różnych, fachowych „segregacji” woluminów, tych zniszczonych, i tych rzekomo nieoczytanych lub „przestarzałych”. W ten sposób na przykład zniknął mój ulubiony Julius Verne w starych, niewznawianych wydaniach. Tylko czy na tym polega idea B i b l i o t e k i?

 3.II 2012. Cytacik ze świetnego felietonu Ryszarda Markowskiego w najnowszym „Uważam Rze”: „Pytają Jasia w szkole: Co wiesz o powstaniu warszawskim? – Tata coś wspominał, ale to jeszcze nic pewnego.” Te słowa już słyszałem już w pewnej, znanej instytucji bielskiej…

4.II 2012. Dziwnym trafem okazuje się, że głównym hasłem (normą) Stronnictwa Chrześcijańsko-Ludowego ks. Stanisława Stojałowskiego, czyli pierwszej polskiej partii chrześcijańskiej demokracji z początku XX w., było „Prawo i sprawiedliwość”, natomiast dewizą jego organu prasowego, wydawanego w Bielsku od 1901 r. tygodnika „Wieniec-Pszczółka” słowa „Prawdą i sprawiedliwością”.

5.II 2012. Kolejny sukces w paśmie sukcesów ekipy Gierka, co ja godom! tfu, prezydenta miasta Krywulta, w postaci otwarcia nowego gmachu Gimnazjum nr 15 w Wapienicy. Co kilka dni przechodzę obok niego, zdążając do archiwum i co widzę? Budę-monstrum, wyglądającą jak dawne wapienickie koszary przesławnej pamięci ZOMO. Czy w ogóle pracował przy tym jakiś architekt, a jeśli, to z jakimi kwalifikacjami? Obiekt przynosi wstyd patronowi (Jan III Sobieski) i miastu, szczycącym się od połowy XIX w. wybitnymi realizacjami architektury szkolnej, będącymi dzisiaj cennymi zabytkami na miarę ponadregionalną (vide Szkoła Przemysłowa, dawna Polska Szkoła Ludowa przy ul. Legionów i wiele innych). Czy musimy wznosić takie brzydactwa i przyzwyczajać młodzież do bylejakości (co będzie jedną z przyczyn ich niedalekiej w czasie emigracji z Polski)? Widocznie zapatrzeni w monitory urzędnicy ratuszowi są całkowicie nieczuli na architekturę własnej siedziby. Aż mnie zmroziło….

7.II 2012. Kolega Wojtek zwrócił mi uwagę na omawiany od pewnego czasu w społeczności dzielnicy Hałcnów problem tablic poległych na wojnie jej mieszkańców na miejscowym kościele. Właściwie są dwa problemy: przywrócenia zniszczonej przez Niemców w 1939 r. tablicy poległych na frontach I wojny światowej i w walce o Ojczyznę 1918-1920 oraz problem ewentualnego ufundowania tablicy poległych w II wojnie światowej. Ten ostatni wyzwala wielkie emocje, wszak chodzi nie tylko o wojnę obronną Polski w 1939 r., ale przede wszystkim o służbę hałcnowian w armii III Rzeszy. Służbę zazwyczaj „patriotyczną” w przypadku miejscowych Niemców i „przymusową” w przypadku Polaków, którzy podjęli z różnych powodów (m.in. sterroryzowani przez hitlerowców) volkslistę. Kwestia to do dzisiaj trudna i bolesna dla Śląska oraz przyległych miejscowości o mieszanej strukturze narodowościowej (chociaż wymierają ostatni tacy kombatanci), w tym dla Hałcnowa, w którym nastąpiła po 1945 r. poważna wymiana ludności.

Jak się okazuje problem drugiej rzutuje na pierwszą tablicę, która mimo, że dotyczy częściowo czasów Austrii (do której nikt już dzisiaj nie ma tu pretensji), nie znajduje specjalnego poparcia. Niektórzy nie życzą sobie niemieckich nazwisk, chociaż takowe widnieją na przykład na podobnym w charakterze epitafium na bielskiej katedrze poległych podczas I wojny światowej. Rozwiązanie sprawy zależy naturalnie od katolickich parafian i ich zrozumienia dla lokalnej historii, która bynajmniej nie zaczęła się w 1945 roku.

8.II 2012. Od pewnego czasu kibicuję pokojowej rewolucji węgierskiej, przedsięwziętej przez ekipę premiera Orbana. Podoba mi się wiele rzeczy, jak np. nowa konstytucja (w miejsce „ulepszonej” konstytucji komunistycznej, jak u nas), czystka w aparacie sprawiedliwości (u nas tylko marzenie) i prawdziwa dekomunizacja. Trzymam kciuki. W B-B cisza na temat zmian u bratanków. Gdzie te czasy, gdy w październiku 1956 r. w zakładach przemysłowych zbierano spontanicznie krew i środki opatrunkowe dla powstańców węgierskich, walczących z Sowietami i ich rodzimymi marionetkami.

9.II 2012. Nasze Towarzystwo nie znalazło uznania wśród decydentów miejskiego konkursu grantów w dziedzinie kultury i ochrony dziedzictwa kulturalnego na rok 2012, w którym występowało o dofinansowanie projektowanego pierwszego rocznika naukowego. Cóż, z przegraną w konkursach należy się zawsze liczyć. 18 stowarzyszeń było lepszych i dofinansowanie otrzyma (nawet miłośnicy rybek akwariowych w B-B). Ale zabolało, gdy okazało się, że nasz wniosek – wstępnie zaaprobowany przez komisję - odrzucono ze względów ponoć formalnych, jednak bez jakiegokolwiek uzasadnienia, decyzją ustną WAŻNYCH URZĘDNIKÓW. To oczywiste złamanie konkursowej procedury. Ten konkurs to po prostu jedna granda i przykład stosowania przez władzę lokalną podwójnych standardów (najwięcej dostali miłośnicy pseudomilitarnych pokazów – 42 tys. zł). Trochę kultury, panowie z ratusza!

10.II 2012. Pięknie wygląda nocą odnowiona pieczołowicie fasada Miejskiego Domu Kultury przy ul. 1 Maja – dawny dworek przyfabryczny przemysłowych rodzin Mänhardtów i Geyerów (z jej potomkami z Austrii miałem onegdaj okazję zetknąć się). Cieszy także pięknie odrestaurowana przez prywatnego właściciela stojąca naprzeciw kamienica, mieszcząca w czasach PRL-u wojskowy klub garnizonowy, a w czasach swej świetności znany klub „Viribus Unitis” (Wspólnymi siłami), którego nazwa była odzwierciedleniem dewizy politycznej cesarza Franciszka Józefa I. W klubie tym kipiało do 1939 r. życie polityczne dawnego Bielska, niemieckie i polskie. Te dwie fasady wpisują się w – mam nadzieję – program przywracania do życia całej ulicy 1 Maja, niegdyś jednej z newralgicznych arterii miasta, kojarzącej się dzisiaj mieszkańcom głównie z kasami AQUY i PZU oraz szmateksami.

12.II 2012. Medialna wrzawa wokół listu bielskiego posła Stanisława Pięty do ministra obrony z powodu „incydentu” na bielskim mauzoleum żołnierzy sowieckich, poległych w pamiętnym 1945 roku. Zapytano i mnie o zdanie. To, że przychodzą nań 10 lutego z okazji rocznicy tzw. wyzwolenia miasta różni czerwoni kombatanci, ich sprawa, ale że przybywa tam nasze wojsko z garnizonu bielskiego (jednostka NATO!) to już skandal. Lokalny fragmencik polityki upadlania się obecnej ekipy rządzącej Polską przed Moskwą, stolicą „imperium zła”, które bynajmniej nie minęło.

13.II 2012. Do wielkich rzadkości w bielskich archiwaliach należą dokumenty prezentujące liczebność załóg dawnych firm przemysłowych i ich przekrój społeczny. Na takie udało się mi właśnie natrafić. Pochodzą z kwietnia 1915 r. i zostały sporządzone na okoliczność wydawania…kartek żywnościowych (pamiętajmy, nie są one wynalazkiem komuny, a w przypadku naszego kawałka ziemi rządu cesarza Franciszka Józefa I). Okazuje się np., że u takiego potentata jakim był Franz Vogt (fabryka sukna – naprzeciwko ratusza) pracowało wówczas 159 robotników (załoga była już zredukowana przez mobilizację młodych), wśród których było 7 tkaczy z roczników 1842 – 1850, a więc mieli po 65-73 lat ! Nie było jeszcze mowy o emeryturach robotniczych. Jak tak dalej pójdzie w naszej Ojczyźnie, powrócimy w te realia (już obecnie połowa Polaków pracuje bez umowy dającej podstawy do przyszłej emerytury). Przecież to było zaledwie 100 lat temu (znam jednego pana z B-B, który to pamięta!).

14.II 2012. Usłyszałem na św. Walentego cokolwiek ponury kawał. W Rosji, za Uralem, odnaleziono najstarszą kobietę świata. Miała niepodważalne dokumenty – 180 lat. Nazywa się Uljanowa. Okazało się, że to matka niejakiego Władymira zwanego potocznie Leninem. Ale to jeszcze nic, bowiem lekarze stwierdzili po jej przebadaniu, że znów jest w ciąży!!!

Dobrze, że kawał ten usłyszałem w taki dzień. Wszak św. Walenty nie jest tylko patronem zakochanych… (A propos – czy wiecie, że jest on drugim patronem kościoła w Lipniku?).

15.II 2012. Wczoraj minęła 70. rocznica powstania Armii Krajowej. Chylę czoła przed jej bohaterami i żołnierzami.

Miałem to szczęście, że zanim zaczęto mnie faszerować szkolnymi seansami filmowymi o Leninie i Czerwonej Armii, obejrzałem w nienazwanym kinie Młodzieżowego Domu Kultury w Domu Żołnierza słynny „Zamach” Jerzego Passendorfera z 1959 r., czyli fabularyzowaną wersję historii najsłynniejszej akcji AK – udanego zamachu na generała SS i Policji Franza Kutscherę w Warszawie. Ten film i to bohaterstwo tkwi nadal we mnie.

Jako historyk ubolewam, jak niewiele wiemy o działaniach AK w naszym mieście, jak wielu jej bojowników pozostało na zawsze bezimiennych. Najlepszych czas na poznanie prawdy już dawno minął. Pozostały na szczęście liczne symbole, w tym jedna z najładniejszych ulic - pod pokrytą teraz śniegiem Szyndzielnię.

16.II 2012. Ponadczasowy cytat z bielskiej prasy A.D. 1902 r.:

„Kłopot bogaczów. W bliskości Bielska żył właściciel fabryki, który się znacznego dorobił majątku. Zwykł on w późniejszych latach tak mawiać: Fabrykę mam, pieniądze mam, dzieci wychowałem i wyposażyłem, zdrów jestem, niczego mi nie brakuje. Tylko ta!”.

(Myślę, że chodzi o Franza Strzygowskiego zm. 1904, o którym już pisałem)

17.II 2012. Jedna z najciekawszych ulic Białej – Komorowicka, o bogatej historii i średniowiecznej jeszcze proweniencji. W 1915 r. funkcjonowało przy niej 6 sklepów spożywczych i kolonialnych: pod nr 6 Feiwela Klappholza, nr 22 Nathana Goldenberga, nr 32 Marii Hrdličkowej, nr 35 Davida Reichera, nr 62 Josefa Rotha, nr 98 Evy Rochowicz.

18.II 2012.  Dziwnym trafem, gdy w łonie BBTH pojawił się pomysł na uczczenie 700-lecia wydania przez Mieszka I pierwszego znanego nam dokumentu dotyczącego Bielska (1312 r.), „Dziennik Zachodni” obwieścił światu bliżej nieznane rewelacje w posiadaniu dr. Przemysława Stanko z Krakowa, świadczące ponoć o naszej pomyłce i niewiedzy w tym względzie. Pożyjemy, zobaczymy. Czyżby działania ukrytej konkurencji?

20.II 2012.  Prawdziwe cudeńka pokazywał mi kolega Piotr, pozyskane z korespondencji z potomkami znanej bialskiej rodziny przemysłowców, Strzygowskich. A więc super wyraźne fotografie fabryki na Leszczynach (na jej miejscu stoi obecnie hipermarket GEMINI), z przepływającą przez jej środek młynówką, niezwykle notatki przemysłowca Rudolfa S. o fabryce i koniukturze w przemyśle wełnianym B-B w I połowie XX w. oraz inne pamiątki związane z tą rodziną. Wszystkie proszą się o opublikowanie, gdyż mają wielka wartość poznawczą.

21.II 2012.  W słoneczne, zimowe popołudnie oglądałem spokojnie z okna wlokącego się jak za Gierka pociągu REGIO z Bielska do Katowic. Dzięki temu mogłem swobodnie przypatrywać się dzisiejszemu przemysłowemu sercu Bielska-Białej, bijącemu po obu stronach tej linii z licznymi bocznicami, w dzielnicy Komorowice. I odniosłem wrażenie, że nie jest to serce słabnące, a wręcz przeciwne, tętniące ruchem. Czy tak sobie wyobrażali to miejsce bielsko-bialscy planiści, którzy wypracowali już około 1930 roku koncepcję właśnie dyslokacji przemysłu na teren Komorowic Śląskich i Krakowskich?

22.II 2012. Sypią się następne ciekawostki. Ratusz w Białej został przyozdobiony skrzynka pocztową dopiero w połowie 1915 r., która została przeniesiona z fasady naprzeciwko pracującej fabryki Franza Vogta. Spowodowane zostało to ulokowaniem się w na wpół opróżnionej fabryce koszar żandarmerii austriackiej, która nie wyraziła zgody na tak bliską komitywę z piszącymi listy. Potem skrzynka wisiała na ratuszu długie dziesięciolecia, sam nawet do niej coś wrzuciłem. Kiedy zniknęła? Oto jest dopiero frapujące pytanie.

Niestety skrzynki poznikały z murów miasta, praktycznie wiszą tylko na budynkach pocztowych, czyli wróciliśmy do stanu z II połowy XIX w. Były nawet w XX w. (jak niemal wszystko w naszym mieście) obiektem ostrej walki politycznej, napadów, a w skrajnych wypadkach strzelaniny. Teraz młodzi ludzie nawet nie wiedzą, że j e s z c z e istnieją. 

24.II 2012.   Przejazd autobusem MZK nowej linii 35 pod ośnieżonymi szczytami Łysej Góry i Czapla, zwłaszcza „nową” ulicą Księdza Stanisława Brzózki (jednego z bohaterów powstania styczniowego). I konstatacja w jak szybkim tempie postępuje zabudowa Lipnika. A przecież pamiętam, gdy rzeczona ulica była polną drogą, ze stojącymi przy niej czereśniowymi drzewkami, namiętnie obrywanymi przez chłopców z niezupełnie dojrzałych owoców i z cudowną panoramą mego miasta, dziś niestety już przesłoniętą bezładną urbanistyką tej dzielnicy. Do głowy mi nie przyszło, że w przyszłości przyjdzie mi jeździć nią luksusowym autobusem marki „Mercedes”. Zachęcam do podróży tą ciekawą linią!   

26.II 2012.   Smutne bywały losy rodzin niektórych polskich bohaterów. Oto w 1937 r. płk Józef Kustroń, znany dowódca „bielskiej” 21 Dywizji Piechoty Górskiej, zwraca się jako prezes oddziału Związku Legionistów Polskich do Zarządu Miejskiego w Białej w sprawie Stanisława Sikory i jego żony, żyjących w nędzy w miejskim domu dla bezdomnych na tzw. Konfirunku (obecnie ul. Towarowa). Prosi także o wciągnięcie ich „na listę biednych miasta celem umożliwienia im korzystania z pomocy przewidzianej z funduszów opieki społecznej, względnie zapomóg wydawanych w naturze”.

Kim byli Stanisław Sikora i jego żona? Rodzicami trzech obrońców Polski – legionisty Józefa, odznaczonego pośmiertnie Krzyżem Niepodległości, Władysława – ochotnika w wojnie bolszewickiej, inwalidy tej wojny oraz Stanisława – ochotnika do Wojska Polskiego z 1918 r., następnie odznaczonego za bohaterstwo uczestnika wojen o granice RP i byłego sierżanta zawodowego WP.

Władze Białej stać było jednak tylko na doraźne zapomogi i niewyrzucenie (!) ich z domu dla bezdomnych (nie mieli środków na regularne płacenie czynszu).

27.II 2012.   Miłośnicy starej Białej z pewnością znają stare pocztówki z obecnego Placu Wolności, zwłaszcza te z Domem Cechowym (nr 7, obecnie BRE). Otóż w jego piwnicach przez blisko półtora wieku funkcjonowała znana winiarnia. Prawdopodobnie jej ostatnim użytkownikiem (dzierżawcą) był do maja 1937 r. Jan Ochsner Młodszy, szyn znanego bialskiego fabrykanta branży metalowej, prowadzący również hurtowy handel win na całą Małopolskę i tytułujący się jako „Sądowo zaprzysiężony fachowy rzeczoznawca. Przez Książęco-arcybiskupi Konsystorz w Krakowie zaprzysiężony dostawca wina mszalnego” oraz jako „Następca Antoniego Wolfa”, właściciela tego interesu założonego w 1856 r.

27.II 2012.  Cenny wykład Artura Kasprzykowskiego w Książnicy Beskidzkiej na temat procesów politycznych stanu wojennego na Podbeskidziu. W kilkunastu procesach zapadły wówczas haniebne wyroki (sam stan wojenny był nielegalny), szczególnie w procesie najgłośniejszym, przewodniczącego Zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” Patrycjusza Kosmowskiego, którego 25 marca 1982 r. sędziowie Sądu Wojewódzkiego: Teresa Grabowska, Leopold Nowak i Stanisława Drobek skazali bezpodstawnie na 6 lat więzienia.

Bielski aparat sprawiedliwości nigdy nie oczyścił się z tej hańby, podobnie jak ukryci sędziowie, partyjni bonzowie szczebla wojewódzkiego, mszczący się w ten sposób za wielki strajk w styczniu-lutym 1982 r. Ci ostatni w dodatku nie ponieśli po 1989 r. żadnej kary, a z czasem potrafi się jeszcze odgrażać!

28.II 2012.   Im więcej różnych statuetek, dyplomów z rankingów itp. w gabinecie prezydenta miasta i starosty powiatu bielskiego, tym gorzej przedstawia się rzeczywisty stan rzeczy (to już przećwiczyliśmy za Gierka) i prowincjonalny upadek tzw. stolicy Podbeskidzia. Właśnie boleśnie się przekonałem, że w soboty i niedzielę, nie posiadając własnego „transportu”, mam niewielkie szanse wyjechać poza granice miasta i powiatu. Konkretnie chodzi o Cieszyn. Publiczny (powiatowy) PKS całkowicie zrezygnował z obsługi linii poza powiatem (!), tłumacząc to rachunkiem ekonomicznym. O prywatnych przewoźnikach lepiej nie mówić, nabijają kasę tylko w dni robocze. Linię kolejową do Cieszyna unieruchomiono. Mając liczną rodzinę w powiecie cieszyńskim czuję się niemal jak w stanie wojennym, albo jak mój prapradziadek w 1850 roku. O  p u b l i c z n ym charakterze komunikacji pasażerskiej (jednym z obowiązków nowoczesnego państwa), a więc służebnym wobec społeczeństwa, zapomniano. Powtórzę za Maksiem: „Nieźle nas urządzili…”.

29.II 2012.   Czy wiecie, że w Białej była kiedyś Syberia?  Tak nazywano przed II wojną grupę drewnianych i murowanych zabudowań przy ówczesnej i obecnej ul. Kazimierza Wielkiego (po prawej stronie za blokiem) należących do przedsiębiorcy spirytusowego Adolfa Fränkla (który z kolei kupił je od lipnickiego potentata Wilhelma Zipsera). Po jego aferze i zlicytowaniu w dniu 8.X 1929 r. zespół ten został zakupiony przez miasto i częściowo zaadoptowany na magazyny, a częściowo na mieszkania dla bezdomnych. Stąd szybko stał się on synonimem ludzkiej nędzy w mieście. Obiekt, mocno przebudowany istnieje do dziś. Zagadką pozostaje jego dawna nazwa. Czy może się wiązać z historią Żydów osiedlających się w tym rejonie od II połowy XIX w.?

29.II 2012.   I jeszcze małe, ale ważne archiwalne odkrycie. Kupiec Anton Samesch nie był burmistrzem Białej od 1855 r., jak sądziłem, ale de facto od 1848 r. (Wiosny Ludów).

1.III 2012.  Trzymam w ręku sensacyjny dokument z Akt miasta Białej dotyczący nieślubnego dziecka cesarza Franciszka Józefa I i jednej z jego słynnych kochanek, Anny Nowak, córki kupca wiedeńskiego. Córka ta, urodzona w 1883 roku Anna Maria Barbara Nowak, wyszła w 1910 r. za mąż za niejakiego Artura Leberta. Wkrótce potem, na polecenie władz dokonano w księgach metrykalnych odpowiednich „sprostowań”, zamieniając jej rodowe nazwisko „Nowak” na „Nahowski”. Stało się to z powodu „przyznania się” do jej ojcostwa wiedeńczyka Franciszka Józefa Nahowskiego (rocznik 1849) oraz uznania za prawdziwą matkę a nie „rzekomą”, jak zapisano, Annę Nowak. Oboje rodziców przedstawili też dokument zawarcia ślubu w kościele ewangelicko-reformowanym (kalwińskim) w Wiedniu w 1884 r.

Kim był Franciszek Józef Nahowski? Był synem bialskiego piekarza i kupca spirytualii, a potem i burmistrza w latach 1881-1889, Franciszka seniora (1820-1892). Wybył on do Wiednia, gdzie został urzędnikiem Dyrekcji Kolei Południowej. Romans cesarza z Anną Nowak trwał ponoć 11 lat, od 1878 r., kiedy zostało unieważnione jej krótkie małżeństwo z pewnym pijakiem. Młody Nahowski jakimś sposobem został znaleziony przez zauszników cesarskich i „zmuszony” do odegrania roli „małżonka”. W zamian awansował i zamieszkał w willi w Hietzing. Sama kochanka została przez cesarza, po zakończeniu ich związku, szczodrze wynagrodzona i żyła jeszcze przez wiele lat w Wiedniu. Z tego co słyszałem od szeregu osób, odwiedzała rodzinę męża w Białej (posiadali także dworek w Lipniku), wywołując zrozumiałą sensację w prowincjonalnym mieście.

Sprawa ta jest gmatwana lub przedstawiana zupełnie fałszywie przez wielu biografów cesarza.  

1.III 2012.  Dzień Żołnierzy Wyklętych w Bielsku-Białej z przemarszem przez miasto do kościoła „przy dworcu”. Około 300 demonstrantów, w większości młodzi, w tym dziewczyny. Budujący widok. Białe transparenty na cześć powojennych żołnierzy podziemia niepodległościowego oraz w obronie Telewizji Trwam. Dużo flag polskich, 6-7 sztandarów – Związku Podhalan z Żywca, Światowego Związku Żołnierzy AK, Regionu Podbeskidzie NSZZ „Solidarność”, Żołnierzy NSZ i ten najciekawszy – 13 Gimnazjum z B-B. Był nawet baner podbeskidzkiego ONR (!), delegacje z Cieszyna, Żywca i Oświęcimia. Potem podniosłe nabożeństwo, oklaskiwane przez wypełniony kościół kazanie historyczne ks. proboszcza Ryszki o poległych i pomordowanych żołnierzach „wyklętych”, w tym na Podbeskidziu, z naciskiem na polskie wartości, jakże poniewierane przez dzisiejszych nie-Polaków, jak sami już o sobie mówią. Mądre, wywarzone słowa. I słynny koncelebrans – ks. Nowobilski ze słynnego kościoła z Ciśca pod Żywcem. Stawiło się nawet 4 młodych z grupy rekonstrukcyjnej NSZ Śląsk Cieszyński z partyzanckim uzbrojeniem. Duch jak w 1981 roku. Wielu znajomych, obok mnie siedział z siwym wąsem Jasiu Gajewski, jedna z prawdziwych legend tamtej „Solidarności”. Skandowano na cześć Polski, bez haseł politycznych. Więc jednak w Bielsku coś się dzieje, co tchnie autentyzmem i troską, a nie przygłupawym igrzyskiem. Póki my żyjemy…

2.III 2012.   Okaleczonych przez tzw. ocieplanie, modernizację, rewitalizację, czy jak tam zwać, kamienic bielskich z XVIII-XIX w. przybywa. Nie chcę już przywoływać przykładu starego miasta z koszmarnymi przeróbkami fasad kamieniczek, zwłaszcza przy ul. Cieszyńskiej, z dodawaniem nigdy tu nie istniejących facjatek, obramowań okien i innych „wynalazków”. Najnowszy przykład – najpiękniejsza w Bielsku secesyjna kamienica przy ul. Młyńskiej 3, którą oszpecono w zeszłym roku trywialną plastikową „stolarką” (tfu, tfu) okienną. Przy okazji zlikwidowano piękne okienne parapety z finezyjnymi, ażurowymi koszami pod skrzynki na kwiaty. Kto się na tym wzbogacił, chyba złomiarze. Straciliśmy my, bielszczanie. Nie pytam już nawet o konserwatora zabytków, bo to pytanie podobne pytaniom o katastrofę smoleńską.

Taka dewastacja zabytków, pod szumnymi hasłami rewaloryzacji „starówki” i w nawiązaniu do dziedzictwa Europy, w rzeczywistości nie mają nic z nią wspólnego. Po obejrzeniu kilku starówek austriackich jestem tego pewny.

3.III 2012.   Małe słówko. Z najnowszego programu Teatru Polskiego w B-B dowiaduję się, z omówienia sztuki (?) „Dziewczyna z PRL-u”, że w naszym mieście odbywały się w latach 70.   d e m o n s t r a c j e  pierwszomajowe. Te tysięczne rzesze robotników, pracowników i uczniów zagonionych, jak w całym PRL-u przez partię komunistyczną, noszące portrety Marksa, Engelsa, Lenina, Breżniewa i Gierka oraz innych cudaków i składające hołdy jedynie słusznej światowej idei oraz bandzie gangsterów i zbrodniarzy na pewno nie można nazwać demonstrantami. Raczej ofiarami systemu (chociaż, jak wiemy, nie wszyscy). Już nawet w bielskim teatrze manipulują historią.

(Sam uczestniczyłem jako uczeń w tych pochodach do 1972 r. i zawsze czułem się upokorzony, patrząc tylko, kiedy zwiać z tzw. pochodu po odnotowaniu obecności przez wychowawcę)

5.III 2012.   Ciekawostka imiennicza. Jako dziecko pamiętam jeszcze różne panie w Białej o wdzięcznym imieniu Hildegarda. Stało się ono popularne z powodu funkcjonowania w tym mieście od 1885 r. klasztoru św. Hildegardy sióstr zakonnych Córek Bożej Miłości. Te z kolei przejęły go od imienia żony dobrodzieja zakonu, Albrechta arcyksięcia Habsburga z Żywca. Imię to nadawały swym córkom nie tylko miejscowe Niemki, ale także Polki, a nawet zasymilowane Żydówki. Dzisiaj bialski klasztor nie używa już tego imienia.

7.III 2012    Srodze się pomyliłem we wpisie z 29 lutego odnośnie tzw. Syberii. Rzeczywiście położona była przy ul. Kazimierza Wielkiego, ale nie powyżej obecnej ul. Krakowskiej, a poniżej. Mieściło się w niej do niedawna miejskie schronisko dla zwierząt. I nie był to oczywiście folwark W. Zipsera, a Heinricha Fränkla, stąd zwany był także popularnie „Franklówką”. Przepraszam!

Kolejny archiwalny ślad papieskiej rodziny Wojtyłów. W 1917 r. Stefania Wojtyłówna, rodzona, ukochana ciocia Karola (jeździł potem regularnie do różnych miejsc jej pobytu), uczyła w gminnej, niemieckiej szkole ludowej w Lipniku, wynajmując w domu nr 63.

8.III 2012    Rzadko przechodząc przez bielski Rynek, staram się nie patrzeć na jego fatalną płytę pokryta strupami postmodernistycznych zabaw, niewydarzonych pomysłów pseudoarchitektów, pomnik  urzędniczej pychy, zrealizowany bez jakichkolwiek konsultacji nie tylko bielskich archeologów, historyków i historyków sztuki (wiem o czym mówię), ale także mieszkańców. W tym roku mija 20 lat odkąd nowe władze samorządowe zajęły się tematem tzw. starówki bielskiej. Wyniki są mierne w stosunku do czasu i wydanych publicznych środków. I pomyśleć, że w takim mniej więcej czasie starówkę tę w ogóle zbudowano – po raz pierwszy na początku XIV w. w wersji drewnianej, po raz drugi po 1664 r. w wersji murowanej. Kto okazał się lepszy, a kto sprawę spieprzył?

A już wejście na potencjalnie urokliwą i atrakcyjną turystycznie uliczkę Józefa Pankiewicza wywołuje zgrozę! Jej stan jest jeszcze gorszy niż w przywołanym przeze mnie roku 1992. I jeśli zestawi się ten problem z gigantomachią tzw. Stadionu Miejskiego, to szlag człowieka trafia! Ile ja się w sprawie tej uliczki w ratuszu nagadałem i napisałem. Bezskutecznie.

Niedawno podziwiałem obrazy tegoż Pankiewicza w Kazimierzu Dolnym. Jakie cudowne kolory i horyzonty malarskie! Bielska uliczka jego imienia powinna być natychmiast  przemianowana na Kloaczną.

 9.III 2012.  Dzisiejsza prelekcja kolegi Wojtka na temat przeszłości i ciekawostek Hałcnowa, mało znanej dzielnicy Bielska-Białej, wywołała u słuchaczy zgrozę z uwagi na co najmniej dziwne poczynania współczesnych proboszczów tamtejszej parafii katolickiej. Chodzi o daleko idące przekształcanie przestrzeni kościelnej i różnego rodzaju „modernizacje”, zmieniające wygląd samego kościoła i jego otoczenia, często w rażącej niezgodzie z jego niegdysiejszyn historycznym wyglądem. Działania te nie zawsze umotywowane są potrzebami wiernych (głównie pod kątem zwiększenia pojemności kościoła), a często indywidualnymi koncepcjami plebanów. Na przykładzie hałcnowskim przeraża ten kontredans ołtarzy, kaplic, znanej statui NMP, przemalowań. W miejsce niektórych staroci wchodzi najczęściej kicz. Podobnie dzieje się lub działo w innych świątyniach bielskich, o czym już wspominałem. Czy ktoś tę falę powstrzyma?

  10.III 2012.   O stanie państwa, w którym żaden obywatel przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie skonsumować rocznika „Dziennika Ustaw”, a często i setek stron stanowionego lokalnego prawa, wypowiedział się już dwa tysiące lat temu ojciec dziejopisarzy Tacyt, zapisując taką oto mądrą sentencję: „Przy największym państwa nierządzie najliczniejsze były prawa”.

Z kolei, nawiązując do starożytności, można mówić w wymiarze historycznym o prawdziwie homeryckich bojach stoczonych od połowy XIX w. w kwestii nazewnictwa bielsko-bialskich stacji i przystanków kolejowych. Zaczęło się od nazwania głównego dworca miejskiego w 1855 r. … i jeszcze się nie skończyło, sądząc po obecnych komputerowych biletach kolejowych. Na przykład w 1921 r. zarząd kolei (PKP) zabrał się za porządkowanie nazw w odrodzonej Polsce. W sprawie nazwania stacji w Białej (obecnie Bielsko-Biała Wschód) były różne koncepcje w radzie miejskiej: polski narodowy demokrata dr Antoni Mikulski, rodem z Krakowa, był za nową nazwą „Biała w Małopolsce”, niemiecki nacjonalista Radek był za charakterystycznym sformułowaniem „Biała koło Śląska”, a proniemiecko zasymilowany Żyd dr Abraham Plessner wysunął koncepcję nazwy „Biała koło Bielska”, stosowanej już powszechnie w świecie gospodarczym (i na papierach firmowych). Wybrano wówczas ostatnią propozycję. Jak widzimy, dzisiejsi internauci, zażarcie dyskutujący o tożsamości regionalnej B-B, nie są oryginalni.

12.III 2012    Informacja w Wydziale Kultury i Sztuki UM, że II wydanie (poszerzone i uzupełnione) wspomnień mieszkańców B-B (do 1945 r.) idzie nareszcie, po kilku ładnych latach moich starań, do druku. Mam nadzieję, że bez żadnych psikusów i chochlików drukarskich.

Z kolegą Prezesem przekonywaliśmy naczelnika tegoż wydziału do realizacji naszego pomysłu umieszczenia na Rynku bielskim tablicy pamiątkowej z okazji okrągłej 700-nej rocznicy wydania 3.VI 1312 r. przez księcia cieszyńskiego Mieszka I pierwszego znanego dokumentu mówiącego o mieście Bielsku. Tablica byłaby poświęcona właśnie temu władcy, bez wątpienia założycielowi jednego z naszych dwóch miast. Wyobrażamy ją sobie z podobizną głowy władcy odwzorowaną ze znanego pomnika Raszki w Cieszynie. Byłoby to ładne i uzasadnione zaznaczenie nie tylko faktu wydania samego historycznego dokumentu-przywileju, ale także piastowskich początków Bielska, w czasach, gdy należało ono jeszcze do formalnie istniejącego Królestwa Polskiego. Czy prezydent B-B zaakceptuje pomysł? Oto pytanie.

W czasie naszych rozmów, zgromadzone na parapecie okien gołębie wściekle gruchały i biły w szyby, jakby dając do zrozumienia, że i tak, mimo wydanej im przez ludzi walki, zamienią ratuszowy zabytek w kupę g…       Memento dla Historii?

 13.III 2012.  Ciekawa rozmowa z p. Janem Zajączkiem o upływającym czasie w wydaniu regionalnym, gdy z kilku domostw i gospodarstw przy obecnej ul. Jaworzyńskiej w Wapienicy zrobiła się cała dzielnica domków jednorodzinnych, która staje się obca człowiekowi „stela” (mieszka w innej części B-B). Tak jak nie da się już tej ziemi zaorać, tak nie możemy powstrzymać czasu. To największa klęska człowieka, chociaż ni jego ducha.

 14.III 2012.   Poranny pobyt na pustym i bombardowanym deszczem Rynku bielskim tylko pogłębił moje uczucie, wyrażone wyżej, na temat tzw. rewaloryzacji starówki. Bez dwóch zdań ten rejon miasta spieprzono! Brzydkie to słowo, ale chyba najłagodniejsze w tej sytuacji. W dodatku zauważył kolejne tworzące się na dachach staro-nowych kamienic facjatki. Toż to jakaś mania. Może gdyby to był rok 1939 dałoby się ją uzasadnić potrzebami obrony przeciwlotniczej (każda kamienica musiała takową zorganizować), ale w 2012 roku? Do tego prawdziwy las kominów, skrzynek gazowych, banerów i mamy dziwowisko próżności. Nie mogę patrzeć co zrobiono z Rynkiem, z jego płytą i kamienicami!

Niewątpliwie masochistyczną puentą do tego zapytlenia jest makieta rynku umieszczona przy wschodniej pierzeji. Nie odtwarza ona hipotetycznego wyglądu tego centrum np. z XVII, czy XIX wieku, ale stan obecny (z przekłamaniami zresztą)! Ten absurd odsłania zakochanie w sobie twórców tego całego kiksu, o czym świadczą także urzędnicze zachwyty w różnych numerach magazynu samorządowego „W Bielsku-Białej”, a nawet nagrody. Niebywałe!!

14.III 2012.  Analizując działania Rady Gminnej Białej sprzed stu laty, co rusz spotykam informacje o „zrzutkach” radnych na różne cele i przedsięwzięcia dobroczynne, oczywiście z własnych pieniędzy (nie pobierali żadnych diet!). Jakoś nie słyszałem, żeby obecni radni Rady Miejskiej Bielska-Białej, sowicie opłacani przez podatników i zwykle lokujący się w górnych grupach podatkowych, na coś się dobrowolnie „zrzucili”. No, chyba, że na cele partyjne. A może się mylę?

 W lutym 1894 r. doszło do uszkodzenia pięknej sztukaterii w Wielkiej Sali hotelu „Pod Czarnym Orłem”. Znaczy to, że powstała ona wcześniej. Na szczęście przetrwała do naszych czasów. Właścicielem obiektu ( i jego twórcą) był wówczas Jacob Gross, lipnicki milioner, właściciel znanej wytwórni spirytualiów i dzierżawca bialskiej i lipnickiej propinacji. Jego ciekawa pod względem architektury fabryka czeka obecnie już dłuższy czas na kupca.      

 15.III 2012.  19 października ubr. napisałem na blogu, że z niewiadomych powodów nie zrealizowano pierwotnego projektu budowy kamienicy dr. Macieja Kwiecińskiego przy ul. Legionów. Teraz wiem z jakiego, makabrycznego zresztą powodu. Mianowicie 8.X 1894 r. w trakcie budowy kamienicy wg tego planu, a konkretnie podczas kładzenia deki na II piętrze  nastąpiła katastrofa budowlana. Zginęło 3 robotników: murarz Józef Czapnik z Kóz, Jan Czauderna z Komorowi i Mateusz Rozmus z Czechowic, których ciała odgrzebano po 2,5 godzinnej akcji ratunkowej. 4 innych zostało rannych. Budowę prowadził Emanuel Rost, który…w rok później odbudował kamienice wg własnych planów. Wszystko to wyczytałem w leżącym przede mną meldunku policyjnym. Przyczyn wypadku policja nie ustaliła, nie było także rozprawy sądowej, a Rosta ukarano – jak się wydaje – jedynie grzywną. Tragiczna historia, jakich wiele zdarzyło się w budownictwie B-B, a życie jego pracowników było zawsze tanie.

15.III 2012.   W pierwszy wiosenny dzień przypatrywałem się ogołoconym brzegom Białej przy moście na ul. 1 Maja/PCK, na których wycięto drzewa, w tym nieodłącznie wiążące się z tym miejscem wierzby. Powstanie nowy most, a już powstały nowe widoki miejskie – od strony wiaduktu kolejowego na kamienice przy ul. 1 Maja i na wielką, modernistyczną willę przy ul. S. Sempołowskiej (po lewej). W ten sposób ulega dalszemu przekształceniu centrum dawnego Przedmieścia Żywieckiego Białej i dawnego Blichu lipnickiego. Jak bardzo się ono zmieniło tylko za mojej pamięci, ile domów stąd zniknęło! Kto jeszcze np. pamięta gospodę funkcjonującą do początku lat 60. przy zbiegu dzisiejszej ul. PCK i ul. Sempołowskiej, w której „klasa robotnicza” z pobliskich fabryk płukała gardła, czekając na pociąg do domu ze stacji BB Lipnik?  

Widmo wyburzenia czai się także nad wielką, nieczynną tkalnią dawnej fabryki sukna I. Bathelt i Synowie przy ul. S. Sempołowskiej, wzniesioną w 1916 r. wg projektu Emanuela Rosta. Była to wówczas nowoczesna konstrukcja z charakterystycznym „grzebieniowym” dachem, jedna z najciekawszych w naszym mieście. Teraz sypie się na potęgę. 

 16.III 2012.  Powracam spacerem na ul. Komorowicką. Każdy stojący przy niej dom coś mówi. Taki np. numer 8 – pożydowska kamienica, dawna bóżnica starozakonnych ortodoksów założona przez ich przywódcę Abrahama Rappaporta w 1894 r. Taki narożnik z ul. I.J. Paderewskiego z jakimś ohydnym kioskiem fryzjerskim (!). Tu stała kamieniczka, w której mieszkał bialski organmistrz, chórmistrz, kompozytor i nauczyciel ewangelicki Heinrich Bach, wywodzący się z rodu słynnego Jana Sebastiana. Za skrzyżowaniem z ul. J. Piłsudskiego intrygujący mnie zawsze długi mur przyuliczny, skrywający duży ogród rodziny architektów i budowniczych Rostów, z bukami sosnami, niedawno zmodernizowany. Nikt jeszcze nie opisał, nie zrobił nawet katalogu tych wszystkich ogrodów mieszczańskich w dwumieście! Idąc dalej napotykamy świeżo uruchomiony, przeszklony na czarno market kuchenny, stojący na miejscu słynnego młyna Neumannów. Odtąd zaczyna się tragicznie wyglądający odcinek tej ulicy – rząd dużych, niegdyś wygodnych i słonecznych kamienic z przełomu XIX/XX w. o interesujących fasadach. Niestety, będąc w większości własnością miejską, popadają w ruinę. Ich raczej nie obejmie żaden program „rewitalizacji”. Jak długo jeszcze wytrzymają? O stanie dawnych fabrykach Gustawa Swobody i Bernarda Deutscha nie wspomnę nawet. Na razie próbuje się w nie wpruć plastykowe okna.

Skręcam w ul. Rzeźniczą. Dawno tu nie byłem – jeszcze w czasach, gdy dolatywał stąd kwik ubijanych zwierząt rzeźnych. Ale zabudowania dawnej rzeźni miasta białej pozostały na swym miejscu, niektóre są już przemysłowymi zabytkami z II połowy XIX w. z ciekawymi, drewnianymi więźbami i dachami. A nawet stoi na pół drewniana chatka dawnego dozorcy rzeźni, teraz wręcz urokliwa! Naprzeciwko plac nauki jazdy – dawna Targowica miejska, działająca tu do lat 30. XX w. Za nią głęboki rów rzeki Białej, a w tle dawna fabryka papieru Fijałkowskiego/Niemojowskiego w Bielsku. Tu czuć jeszcze stare, przemysłowe miasto.

17.III 2012.  Jednym z tajemniczych posągów na terenie naszego miasta jest statua św. Jana Nepomucena w Białej, ale nie ta stojąca na Placu Opatrzności Bożej, a druga, niewątpliwie młodsza, umieszczona obecnie w ogrodzie klasztoru Córek Bożej Miłości przy ul. W. Broniewskiego. Nic nie wiadomo na temat jej genezy, tym bardziej, że początkowo, w II połowie XIX w. stała sobie blisko brzegu Białej, na skwerze otaczającym ówczesny Targ Świński, na którego miejscu stoi obecny ratusz miejski. W 1894 r. statua znajdowała się w nienajlepszym stanie i została na prośbę proboszcza bialskiego ks. Józefa Hamerlaka odnowiona, a nowy, metalowy, otaczający ją płotek wykonała znana ślusarnia Augusta Grossa z Białej. Przy tej okazji starano się coś dowiedzieć na temat jej powstania, ale jak napisał proboszcz w liście do Magistratu, nic nie znalazł na jej temat w archiwum parafialnym (ja też nie znalazłem), a nawet przepytywani najstarsi parafianie nie potrafili nic na jej temat powiedzieć. Wynikałoby z tego, że statua pojawiła się nad brzegiem rzeki gdzieś w I połowie XIX w., ale powód jej postawienia w tym właśnie miejscu był zagadkowy, gdyż w rejonie tym nie było nigdy żadnego mostu na Białej ani brodu, po stronie bielskiej rozciągał się bowiem romantyczny ogród książąt Sułkowskich z gęstymi zaroślami. A może był pamiątką jakiegoś kataklizmu powodziowego, jakie często trapiły nasze miasto? Figury tego świętego stawiano bowiem zwykle przy ciekach wodnych, a zwłaszcza mostach, miały one chronić przechodniów i wędrowców przed utopieniem.

Z innego dokumentu wiadomo, że w 1897 r. statua została ponownie uszkodzona i znów musiała być odnawiana. W 1928 r. została przeniesiona na ul. św. Jana, na utworzony wówczas skwer przy Szkole Handlowej (obecnie ul. S. Sempołowskiej 1).

 18.III 2012.  Powstaje Muzeum Diecezjalne w Bielsku-Białej. Przyklaskuję nowej placówce muzealnej, jakich nie mamy za wiele w naszym mieście. Czy wiecie, że w Niemczech powstaje ostatnio 60 muzeów rocznie! To się nazywa polityka historyczna i ekspansja kulturalna! U nas dzięki panującej „wychodkowej” atmosferze (trawestując Piłsudskiego) mamy zwijającą się politykę historyczną i minimalny przyrost liczny muzeów. I niech nikt nie mówi, że nas nie stać, albo są nam niepotrzebne. Te argumenty słyszę, jak długo żyję. Są one tylko przejawem prostactwa, a często politycznej chęci unicestwienia pamięci narodowej.

Myślę, że w naszym mieście o bogatej historii wyznaniowej, znanej na dobre tylko wtajemniczonym i zainteresowanym (poza czasami Jana Pawła II) przybędzie ważna galeria i ośrodek kultury. Także walczący z prostactwem umysłowym.

Martwię się tylko o budynek przeznaczony dla tego muzeum, patrząc na jego zrujnowany korpus vis a vis katedry. Czy to się jeszcze do czegoś nadaje?

19.III 2012.  Zniknął kolejny skwerek z drzewami miedzy ul. Żywiecką a cmentarzem katolickim w Białej. Wraz z dziurą po wyburzonym w przeszłym roku dawnym składem alkoholowym Zarządu Dóbr Żywieckich Arcyksiążąt Habsburg i późniejszą wytwórnią wód gazowanych powstała smutna pustka po ostatnim już kawałku niegdysiejszego folwarku dolnolipnickiego. Pewnikiem w tym miejscu powstanie parking dla kibiców tzw. Stadionu Miejskiego. Jaki obszar miasta zdewastuje jeszcze ten moloch?

20.III 2012. Polityczny i niepolityczny bełkot towarzyszy mi prze całe życie. Właśnie dostarczono mi jego solidną dawkę – tak na oko za jakieś 20-30 tysięcy złotych z pieniędzy podatników. Dostarczyciel – jak zwykle – Urząd Miejski w Bielsku-Białej. Chodzi o wiekopomną „Strategię Rozwoju Bielska-Białej do roku 2020”, czyli jakieś 80 stron urzędniczego dekalogu, którego powinien nauczyć się na pamięć każdy bielszczanin. Wiecie, że nawet próbowałem. Ale kiedy wbiłem do mej siwej głowy pierwsze zdania: „Bielsko-Biała miastem skutecznie wykorzystującym endogeniczny potencjał kultury i kreatywności dla rozwoju unikalnych dziedzin przedsiębiorczości” oraz „Bielsko-Biała miastem silnych środowisk twórczych i znaczącego uczestnictwa mieszkańców w kulturze wysokiej” itp., a na dodatek, że wszystko to ma być internacjonalistyczne (Boże, to samo nam mówili na studium wojskowym w 1975 roku na UŚ) niestety, wybaczcie, mózg zaprotestował.

Wesoły urząd nawet wezwał w mediach do konsultacji społecznych tego „europejskiego”, technokratyczno-pseudosocjologicznego bzdetu! To już nawet nie jest – jak było z uchwałami VIII Zjazdu PZPR - papier toaletowy.

(Przy okazji dowiedziałem się jednak, że pod względem turystycznym bije nasze miasto szereg miast górnośląskich!!! Rozumiem dlaczego – mają  - poza nieszczęsnymi Gliwicami - tramwaje)

23.III 2012.  Dopiero teraz skojarzyłem prasowy opis pożaru dwóch budynków przy ul. Jana III Sobieskiego zamieszczony w bielskim tygodniku „Wieniec-Pszczółka” z fotografią, którą swego czasu podarował do Muzeum w B-B potomek uczestnika akcji gaszenia kataklizmu – Antoniego Polończyka (MBB/H/5451). Fotografię tę już kilka razy publikowano, m.in. w katalogu starej fotografii Piotra Keniga. Z notatki prasowej wynika, że chodzi o pożar wybuchły 18 lutego 1908 roku wieczorem i ugaszony przez Bielsko-Bialską Ochotniczą Straż Pożarną (widoczną niemal w komplecie na zdjęciu). Spaliły się wówczas doszczętnie dwa domy (nr 34 i 32) będące własnością niejakiego Bartelmussa, a trzeci budynek (nr 30) doznał uszkodzeń. Jeszcze w tym roku wypalone domy nabył Karl Biowski.

26.III 2012.  I ma wreszcie nasze miasto prawdziwie Czerwony Dom! To cudo, skrzyżowanie sowieckiego „Masłosojuza” z holenderskim domem uciech to Dom Maklerski przy zabytkowej ul. ks. S. Stojałowskiego, w bliskości Ratusza. Kolejny dowód agresywnego nieliczenia się z estetyką i smakiem historycznych centrów Białej i Bielska. Koszmarek. Powinien znaleźć się w przewodniku po polskiej brzydocie.     

27.III 2012.   Nasz wspólny pomysł z kolegą Prezesem upamiętnienia 700-lecia wydania sławnego dokumentu przez księcia cieszyńskiego Mieszka I stosowną tablicą z jego popiersiem zawieszoną na Rynku został zaakceptowany przez Prezydenta…

      Przy okazji naszego pobytu w ratuszu natknęliśmy się na gorącą, jak się okazało, sesję Rady Miejskiej, której jednym z omawianych problemów było poparcie społecznych żądań w sprawie dopuszczenia do platformy cyfrowej Telewizji Trwam (o. Rydzyka). Jak gorąca była to kwestia świadczyła nerwowa obecność całej chyba Straży Miejskiej w ratuszu (do którego przybyło ponoć ponad stu manifestantów) i rozbiegane oczy kilku radnych. Na ich twarzach oraz niektórych mundurowych zobaczyłem s t r a c h. Strach przed ludem oraz rodzącą się władzą totalitarną pana Tuska. Dawno tego nie widziałem. Ostatni raz, bodaj w 1989 roku, po wyborach. Wtenczas bali się komuniści. Dzisiaj boją się ci, co ich zastąpili.

Jednak na placu przed ratuszem nie było rewolucji, nie było Robespierra ani suk milicyjnych. Jedynie parkingowa kłóciła się o 2 złote z facetem z BMW.    

28.III 2012.  Kolejny dowód na to, że współcześnie realizuje się (z pewnością bezwiednie) w urbanistyce miasta przedsięwzięcia projektowane już sto lat temu. Według planu obejmującego część Blichu bielskiego, Leszczyn i Kamienicy z 1903 r. władze miejskie Bielska (burmistrzem był Karl Steffan) projektowały wznieść w przyszłości m.in. mosty na rzece Białej – u wylotu ul. Batorego (był to tzw. most Alboriego, stał w l. 1903-1945), ul. Bardowskiego (niezrealizowany) oraz obecny most koło hipermarketu „Gemini”, nowe trasy przelotowe – obecną ul. gen. T. Bora- Komorowskiego od ul. Żywieckiej, ul. T. Kościuszki (w innej wersji, dochodząca do poprzedniej), ul. J. Poniatowskiego – P. Bardowskiego, ul. Młyńską (w innej wersji). Na miejscu obecnych koszar przy ul. Leszczyńskiej, projektowano uprzednio wznieść okazałą dzielnicę mieszkaniową. Budowa koszar w znacznej mierze pokrzyżowała ambitne plany. Zadziwia duża ilość projektowanych mostów na Białej, zresztą na całym ciągu dwumiasta.

31.III 2012.  Korzystając z zaproszenia, poszliśmy w trójkę: ja, kolega Prezes i kolega Piotr do Teatru P o l s k i e g o w B-B, by obejrzeć antypolską, jak się ku memu przerażeniu, okazało (a miało być tak pięknie), sztukę pt. „Miłość w Koenigshutte” Ingmara Villqista, czyli niejakiego Jarosława S. Zagrana przez bielskich i katowickich opowiastka ta nie była żadną romantyczną, ani nawet dramatyczną opowieścią o losach polsko-górnoślskiej miłości w 1945 r. w naszym Chorzowie, ale czymś w rodzaju pamfletu politycznego Ruchu Autonomii Śląska (jej szef, p. Gorzelik siedział na widowni) na Polskę. Miast próbki rzetelnego zmierzenia się ze skomplikowaną historią jednej z jej dzielnic, zaserwowano nam wybiórcze jej potraktowanie z wyolbrzymioną krzywdą Górnoślązaków ze strony „Poloków” (reprezentowanych m.in. przez polską nauczycielkę bijącą „śląskie dzieci”, graną przez ładną Annę Guzik) i znacznie łagodniej przedstawionych w sztuce Sowietów. Wszystko to przeinaczono, licząc, że widz polski niewiele wie z historii i da się nabrać na tzw. interpretację ślązakowską.

Ale prawdziwy numer wycięto na końcu tego specjalnego spektaklu, gdy aktorzy wychodząc do oklasków, pojawili się (nie wszyscy, co prawda) w żółto-niebieskich opaskach RAŚ (wykorzystującego naturalne barwy całego Górnego Śląska). To już była niesmaczna heca polityczna. Więc jak to jest – w sytuacji upadku mojego państwa, upodlenia go przez Rosję i Niemcy, skundlenia rządu (jeśli nie powiedzieć zdrady), forsowania przez większość mediów dezintegracji państwa i narodu – mam jeszcze oglądać i tolerować coś takiego, co genialnie sportretował Bob Foss w „Kabarecie”, gdzie pewien młodzian zaczął śpiewać o jelonku, a skończył na „świat będzie nasz”, zakładając opaskę i czapkę ze swastyką?!

A gdzie Wyspiański, Krasiński, Słowacki, Szekspir i inni na deskach Teatru Polskiego? Gdzie sztuki, które nakazują przyjrzeć się naszej kondycji człowieczej i narodowej. Mam wrażenie, że dawno wykreślono je z tych desek. I była to decyzja świadoma.   

1.IV 2012.  Mija właśnie rocznica prowadzenia tych zapisków. Robię je głównie dla siebie, by utrwalić pewne myśli. Tymczasem, jak mawiał Hiob, „czas leci jak tkackie czółenko i przemija bez nadziei”.   

2.IV 2012.   Ponieważ rząd, dzięki dobremu rządzeniu gnębi nas widokiem braku emerytur na starość, nie od rzeczy będzie przypomnieć, jak to bywało wiek temu, kiedy też nie było emerytur, by przypomnieć różnym niedowiarkom. Oto dosyć typowy obrazek z naszego podwórka:

„Los robotnika. W sobotę 25 marca [1911] pochowano na cmentarzu w Bielsku małżeństwo Parów. On Wacław liczył 75 lat, a żona jego 72 lata. Wacław Par był tkaczem i pracował u Bathelta [fabrykanta sukna] 43 lata. Od paru lat niezdolny do pracy, pobierał z funduszu inwalidzkiego przy wielkiej kasie chorych renty 6 koron miesięcznie! [3-dniowy przeciętny zarobek tkacza lub metalowca w Bielsku] To mu nie wystarczało na najniezbędniejsze potrzeby życiowe. Zwracał się kilka razy to do magistratu miasta Bielska, to do fabrykanta Bathelta o wsparcie. Jednakowoż jeden i drugi zbywał go niczem i odsyłali go do zięcia, by ten Parę i żonę jego utrzymywał. To nieludzkie postępowanie tak rozżaliło parów, że postanowili skrócić sobie życie. Jak umyślili, tak zrobili i znaleziono obu małżonków we czwartek powieszonych w mieszkaniu. Za trumnami szły masy ludu. Parowie byli znani w Bielsku-Białej jako ludzie bogobojni i cieszyli się pomiędzy warstwą niższą ogólnym szacunkiem.”

4.IV 2012.  Niezwykły widok na dworcu głównym PKP – całkowicie puste tory bocznic, zwykle zapełnione przez kilka składów osobowych i towarowych czekających na swe kursy. Tak jakby ktoś nagle ewakuował cały tabor kolejowy. Memento?

Kilka chwil później jeszcze smutniejszy widok wylesionych stoków Czupla i Hrobaczej Łąki, o zgrozo, przeciętych w skos jakąś „autostradą”. Kolega Piotr widział toto całkiem z bliska i był zszokowany – można przejechać mercedesem. Co ci leśnicy (adres – Dyrekcja w Wapienicy – ul. Kopytko) robią z naszymi górami?! Przecież taka działalność uruchamia procesy erozyjne zboczy! Nie mówiąc o zepsuciu krajobrazu. A równocześnie nie zamierzają się pozbyć zdekapitalizowanej i popadającej w ruinę zabytkowej Leśniczówki z 1884 r. w Lipniku, o co zabiega od wielu lat Stowarzyszenie „Lipnik”, pragnące obiekt solidnie zrewitalizować. Niestety, Lasy P a ń s t w o w e to dosłownie „państwo w państwie”, niewydolny i zadufany relikt PRL-u.

Tak na marginesie: dlaczego utarło się mówić i pisać, że Bielsko-Biała to miasto pod Szyndzielnią (sam tak pisałem)? Przecież z perspektywy wjazdu do miasta, dworca i zamku bielskiego jasno widać (nie mówiąc o mapach), że nie tylko Biała, ale i Bielsko ma bliżej do szczytów Beskidu Małego, zwłaszcza Czupla (Cupla)? Może dlatego, że Szyndzielnia wyższa i bardziej popularna?  Warto się nad tym zastanowić.

4.IV 2012.  Do wrażeń powyższych dorzucam znany i niezapomniany stukot krosien tkackich. W pięknym wiosennym słońcu, stałem przed otwartymi oknami „Lenko”, patrzałem na maszyny i słuchałem. Żeby się nacieszyć może ostatnim takim hałasem, bo już za niedługo zakład przeniesie się na pola wilkowickie do nowej fabryki. Tę wielką halę przy ul. Podwale trzeba jeszcze sfilmować dla potomnych!

Kilka kroków dalej, za wiaduktem kolejowym na ul. M. Grażyńskiego szokujące zderzenie dwóch światów – czynnej odlewni metali oraz prywatnej ślusarni – oraz salonu mody bielskiej gwiazdy Natalii Pavluschenko. Łączy je przynajmniej jedno – wszystkie znajdują się w starych zabudowaniach fabrycznych z końca XIX w. (m.in. fabryka sukna Breitbarta).

5.IV 2012. Skoro powiedziałem o „Lenko”, to jeszcze jedno dziwo. Nagle, na ścianie parterowej hali po dawnej fabryce papieru Niemojewskiego (obecnie słynny klub nocny) spostrzegłem zawieszoną tu niedawno przez „kogoś” tablicę z 1956 r. upamiętniającą słynny strajk okupacyjny w zakładach „Lenko” w 1936 r. Tablica wisiała właśnie na terenie tego zakładu, a teraz ją przerzucono, nie wiedzieć dlaczego na ul. Grażyńskiego. Pomysł głupiego. Czyżby obecni właściciele „Lenko” wstydzili się (wszak to tablica z czasów PRL-u), albo co gorzej bali się tej pamiątki? No jużci, strajk okupacyjny załogi zawsze się może zdarzyć z powodów np. płacowych (znów mamy kapitalizm…), po co więc przypominać załodze wyczyny ich dziadów?

Tablica ta ma ciekawą genezę. Powstała na fali Października 1956 r., gdy wszechwładna PZPR, dopuściła do swej tradycji historycznej na krótko także towarzyszy z PPS, tej prawdziwej, niepodległościowej, a których wzięto za mordę w 1948 r. W Bielsku-Białej miało to swój smaczek, niestety zapomniany.              

6.IV 2012.   9 czerwca 1904 r. otwarty został komisariat policji miejskiej wraz z aresztem na parterze kamienicy Rynek 9 w Bielsku. Pomieszczenia te użytkował dotychczas Sąd Powiatowy, który przeszedł do własnego gmachu na ul. Strzelniczej (ob. J. Słowackiego). Niestety nie wiem, kiedy dokładnie budynek przestał pełnić funkcje policyjne – za czasów niesławnej pamięci Milicji Obywatelskiej PRL (gdzieś w latach 60. XX w.).

7.IV 2012.   Z dzisiejszego „Dziennika Zachodniego” (z braku czasu nie śledzę Internetu) dowiedziałem się, że wokół wspomnianej sztuki „Miłość w Koenigshutte” powstało wielkie zamieszanie wśród widzów i nie-widzów, a podobne zdanie jak ja (patrz wyżej) ma wiele innych osób z B-B, m.in. naczelnik Wydziału Kultury i Sztuki UM. Ciekawi mnie w tej sprawie jedno – odcinanie się pana dyrektora teatru Roberta Talarczyka od jakiejkolwiek polityki i manifestacji z opaską RAŚ. A ja się tylko pytam – kto  k a z a ł aktorom (bo nie wymyślili to – jak mniemam sami) wystąpić z opaskami? I dlaczego pan dyrektor tak ochoczo się do tego machania opaskami przyłączył, a teraz rżnie głupa? Pewnikiem ma w tym interes – wróble ćwierkają, że już skacze do Katowic. A tam już teraz inne wiatry, w stronę innego komitetu. 

10.IV 2012.  Druga rocznica „smoleńska”. Czy na moich oczach rozpada się naród na tych, którzy gotowi są bić się w obronie niepodległej Polski i na tych, którzy wpatrzeni w Moskwę lub kupieni przez nią pragną ją widzieć jako „Kraj Prywislanski”??? Mam poważne wrażenie, że powtarza się dramat XVIII wieku. Coś muszę robić, by do tego nie doszło!

16.IV 2012.  Wznawiam pisanie po krótkiej, szpitalnej przerwie. Czy jednak pisanie tego bloga ma jakiś sens w sytuacji polskiej? Nie lepiej zacząć ponownie studiować instrukcji „Kałasza”?

Słyszałem, że ratownicza, świąteczna akcja kolegi Jacka Proszyka i naszego Towarzystwa, wyciągania szczątków żydowskich macew z remontowanego koryta Białej koło ratusza powiodła się. Wydobyto ponoć 12 kolejnych kawałków (w rzece już wcześniej je znajdowano). Ponoć wrzucili je do rzeki hitlerowcy. Ile jeszcze wojennych pamiątek i zagadek tkwi w naszej bielskiej ziemi?

Dopiero dzisiaj dowiedziałem się o śmierci p. Józefa Drożdża (94 lat) – legendy bielskiego harcerstwa i konspiracji antyhitlerowskiej. Spotykaliśmy się czasem w różnych miejscach, bywałem w jego mieszkaniu przy ul. S. Wyspiańskiego. Zawsze imponował mi jego niesłychany optymizm i nie schodzący uśmiech z twarzy, stojący w rażącej sprzeczności z ponuractwem i narzekaniami Polaków. No i kondycja! Wiem, że niemal do końca życia pływał, chodził po górach i jeździł na nartach. Ostatnim razem przepraszał mnie (!), że już nie dał rady wyjść na Szyndzielnię, tylko wyjechał kolejką. Nie ma już takich ludzi wokół nas! Z pewnością był bohaterem.

18.IV 2012.  Po wczorajszej wizycie w UM z kolegą Prezesem wydaje się nam, że pamiątkowa tablica poświęcona założycielowi miasta, księciu Mieszkowi cieszyńskiemu, bliska jest już realizacji. Marzymy o jej odsłonięciu 3 czerwca, dokładnie w 700-ną rocznicę słynnego jego przywileju dla bielskich mieszczan. Pocieszamy się namiastką, podczas gdy młodsze i mniejsze niż B-B miasta wystawiają swym założycielom okazałe pomniki – zobacz tylko wielki pomnik Władysława Łokietka w Tarnowie, wystawiony w 2010 r. A jeszcze za taką inicjatywę traktowani jesteśmy przez niektórych urzędników za oszołomów lub podejrzanych interesantów politycznych!

Doprawdy, w naszym mieście bolszewizm wygryzł tym pożeraczom naszych podatków mózgi.

19.IV 2012. Inna karteczka z dziejów ekspansji majątkowo-gospodarczej dawnych bielszczan: w okresie międzywojennym bogaty żydowski kupiec i bankier Alfred Hercholzze swym pobratymcem Hermanem Fluhrem z Tarnowa kupili znane uzdrowisko Goczałkowice-Zdrój, sporo w niego inwestując i tworząc zeń jeden z najelegantszych kurortów w II RP. Wielu bielszczan leczyło się w nim lub tańcowało, jeździło na lody i kajaki. Tak jest i obecnie. Sam zaglądam tam co roku na pyszne lody i by podziwiać niezwyczajny widok Beskidów znad tafli słynnych goczałkowickich stawów. Pamiątką samą w sobie są pozostałości po dawnym przejściu na granicy austriacko-pruskiej (m.in. posterunki celne), niegdyś jednym z okien na świat naszego przemysłu.

Prawa młodości są niezmienne. Na ich potwierdzenie znajduję policyjny raport o nocnych wyczynach Karola Wojtyły (ojca przyszłego papieża) 14 lipca 1898 r. – wówczas pomocnika krawieckiego u własnego ojca Macieja. Wraz w 3 kolegami zdemolował trzy ławki targowe na bialskim rynku! No i co powiecie?   

21.IV 2012. Jestem pod wrażeniem przepięknego, wczesnowiosennego widoku rozta-czającego się z górnego, czwartego piętra nowego budynku dydaktycznego ATH na mikuszowickie Błonia i dorodną (z tej perspektywy) Kozią Górę. Tu można z całą siłą i dumą powtórzyć sobie, że jest się mieszkańcem ładnego zakątka naszej Polski. Która z jej uczelni w posiada takie walory?

Na piętro to wylazłem, by obejrzeć wreszcie niedawno otwartą Galerię Akademicką ATH i jej nową wystawę. Świetny pomysł na zainstalowanie! Tak na marginesie – na każdym piętrze tego gmachu, z którego Bielsko powinno się cieszyć (a wiem, że tzw. kręgi miejskie mają to w ….), aż roi się od kserokopiarek. Dziwny to widok, dla dawnego studenta, który mógł o takich maszynkach tylko pomarzyć (nie mówiąc o dawnych konspiratorach!).

22.IV 2012.  Zaskoczyła mnie umieszczona na ul. Lwowskiej tabliczka kierunkowa z napisem „Starówka w Białej”. Ki diabeł? Ani chybił robota urzędników miejskich, ale kto to wymyślił? Już dawno temu przetoczyła się w Polsce dyskusja na temat używania słowa „starówka” i największe autorytety językoznawcze opowiedziały się za poszanowaniem jego wyjątkowości w odniesieniu do Starego Miasta w Warszawie, nazywanego w tamtejszej gwarze właśnie tym terminem. Nabrał on ponadto emocjonalnego znaczenia w związku z wydarzeniami Powstania 1944 roku. Wszelkie inne zastosowania są piractwem, odrzucanym zresztą zwykle przez mieszkańców w przypadku odgórnej próby jej narzucenia, jak to bywało np. w Krakowie czy w Poznaniu.

Podobnie ma się sprawa w naszym mieście, gdzie za przyczyną mediów zaczęło się pisac od lat 80. XX w. o „starówce” Bielska. Tymczasem na oznaczenie najstarszej części lewobrzeżnego miasta powinno się mówić Stare Miasto (katastralnie jest to nadal „Miasto Bielsko”) lub po prostu Wzgórze Miejskie (stary, historyczny termin „Stadtberg”). Co do Białej, to jako jej monografista, muszę stwierdzić, że nie wytworzyło się żadne określenie jej historycznego centrum (katastralnie jest to dalej „Biała”), a jej współcześni mieszkańcy mówią co najwyżej o „śródmieściu Białej” w sensie urbanistycznym (pod wyraźnym zresztą wpływem nazwy Osiedla Śródmiejskiego). Jeżeli już mamy wskazywać turystom drogę, to piszmy „Centrum Białej”! Ewentualna propozycja „Śródmieście Białej” byłaby jednak cokolwiek myląca z uwagi na funkcjonujące już potoczne pojęcie „Śródmieście Bielska-Białej”.  

Problemy nazewnicze poszczególnych części miasta nie są wcale błahe, jeśli mamy mówić o naszym zakorzenieniu.

23.IV 2012.  Zawitałem na prelekcję Marka Łukasika z IPN w Pedagogicznej Bibliotece Wojewódzkiej na temat miejsc pamięci i historycznych pomników Bielska-Białej. Spotkanie obfitowało w niespodzianki. Najpierw przegoniono nas, czyli 5 (!) natrętnych chyba słuchaczy z budynku Biblioteki na ul. Legionów 24, do dawnej polskiej szkoły im. Św. Jadwigi (wnętrza podłe), potem okazało się, że nie ma bardzo gdzie usiąść, gdyż wyniesiono krzesła (!), a na końcu dowiedziałem się od prelegenta, że Niemcy na pewno nie zdobyliby tak łatwo w 1939 r. polskich umocnień na zachodnich obrzeżach miasta, a w Bramie Wilkowickiej została stoczona ostatnia bitwa Konfederacji Barskiej. Bibliotekarze, huncwoty – nie bujajcie mnie do licha!

Na szczęście obecny był pan doktor ginekolog-położnik Andrzej  Poraniewski, który śladem swego wielkiego poprzednika-gawędziarza, Felicjana Sławoj-Składkowskiego (ostatniego premiera II RP), rzekł do mnie pocieszająco mniej więcej w stylu niezapomnianego „Byczo jest!”. 

24.IV 2012.   Głośne wydarzenia w ratuszu na sesji Rady Miejskiej, w której poseł Pis Stanisław Pięta gwałtownie zaatakował opisywaną przeze mnie sztukę „Miłość w K….”, żądając głowy dyrektora. Choć podzielam poselską ocenę o antypolskości „sztuki”, to uważam, że jak zwykle pan poseł nie przemyślał sprawy, bowiem:

1/ nie oglądał sztuki (podobnie jak innych, które zaatakował przy okazji), co już samo w sobie jest pikanterią,

2/ zamiast żądać zwyczajowego w takiej sytuacji zdjęcia sztuki z afisza, przeszedł „jak zwykle w Polsce” na sprawy personalne,

3/ zastosował najgorszą metodę „walenia przy okazji” na odlew w innych sprawach, miast skupić się na podstawowej kwestii.

Takim postępowaniem, nie tylko się ośmieszył, ale dał niestety argumenty przeciwnikom, a zwłaszcza usłużnym RAŚ dziennikarzom. Tego typu zagrania, mnożone o podobne ze strony różnych przedstawicieli prawicy, zawsze mnie raziły i zniechęcały do głosowania na tego typu panów, niebezpiecznie balansujących na granicy śmieszności. Niestety cierpią na tym ich słuszne intencje, nie mówiąc o dobrze pojmowanym patriotyźmie.

Jedynym dodatnim skutkiem draki jest jakaś reakcja prezydenta miasta pod adresem dyrektora teatru, który zresztą dalej rżnie głupa i udaje, że nie on rządzi teatrem. Na ten brak podstawowej odwagi kolejnego bielskiego kierownika kultury rzygać się mi chce.

26.IV 2012. Ku mojemu zdumieniu w jednej z archiwalnych teczek budowlanych dotyczących Bielska znalazłem oryginalne plany budowy Domu Bratniej Pomocy w Mikuszowicach (Krakowskich), wykonane przez znanego bialskiego architekta Leopolda Landau na początku 1912 r. i zatwierdzone przez naczelnika tej ówczesnej gminy Tomasza Kubicę 16 maja. Niestety, jak wiadomo ze źródeł, planów tych niezrealizowano, zapewne z uwagi na brak odpowiednich funduszy, a być może i innych powodów. Szkoda, gdyż przynajmniej wygląd zewnętrzny tego parterowego obiektu byłby ciekawszy (elewacja ze stiukami, dach ze sterczynami itd.), a tak powstał brzydki budynek sklepowy, funkcjonujący do dzisiaj jako filia Miejskiego Domu Kultury w Bielsku-Białej (przy ul. Żywieckiej). Takie porównania projektu z realizacją nieraz szokują (przeważnie in minus).

27.IV 2012.   A to ci rewelacja! Gaworząc z miłym panem organistą z kościoła św. Trójcy, zwróciłem uwagę na otaczające organy stare, gięte stołki firmy „Mundur” (niechybnie z Jasienicy). Okazało się, że pochodzą z dawnego kina „Krokus” w Mikuszowicach Śląskich, które zamknięto i wyburzono w latach 70. XX w. Kolejne więc pół godziny spędziliśmy na miłych (dla mnie osobiście) wspomnieniach o tym przybytku X Muzy.

O ile różowo mi się zrobiło na chórze, o tyle pociemniało mi przed oczyma na parterze starego kościółka, gdzie znalazłem potwornie wymalowanego przez jakiegoś pacykarza mego patrona, św. Jerzego, a następnie na filarze pamiątkową, brązową plakietkę z 1933 r. upamiętniającą Wiktorię Wiedeńską, naklejoną na kawałek ohydnej sklejkę. Sacrum et profanum w czystej postaci!

Ale nic to. Bowiem w pełnych dzieci salkach szkolnych obok świątyni dostrzegłem budujący widoczek – grupę chłopców 7-8 lat grających z wielkim przejęciem w szachy. Ludzie! Rozumiecie? Grających w prawdziwe szachy, a nie w gry komputerowe! No to jeszcze Polska nie zginęła!

28.IV 2012.  Z kolegą Prezesem przekomarzamy się z artystą, czyli prof. Janem Hermą z Cieszyna na temat mającej zawisnąć w Bielsku tablicy pamiątkowej z wizerunkiem księcia cieszyńskiego Mieszka I. Pierwsze wrażenie z glinianego projektu nie najlepsze, są pewne oczywiste błędy w modelunku, najlepsza jest mitra książęca odwzorowana z nagrobku Henryka Probusa z Wrocławia. O skopiowaniu wizerunku prof. Raszki już nie ma mowy, ani o wysuniętej z tablicy głowie. Może i dobrze?

30.IV 2012.  Zapinamy program I konferencji naukowej BBTH „Siedem wieków Bielska-Białej”, z różnymi zresztą ceregielami i fumami ze strony Ratusza. Przy okazji okazało się, że trwa nadal (od końca 2010 r. !) zabawa w ciuciubabkę w kwestii „Rady Programowej Biblioteki Bielska-Białej”. Od czasów wydania monografii miasta najwidoczniej nie jest ona już władzy potrzebna.

2. V 2012.   Do wielu ciekawostek i zarazem zagadek należą niektóre archiwa parafialne. Na przykład to z parafii św. Jana Chrzciciela w B-B Komorowicach zawiera m.in. rękopisy od 1592 roku i szereg cennych starodruków z XVI-XVIII w. o treści oczywiście religijnej, ale można się domyślać, że zbiór ten jest tylko jakąś pozostałą częścią po znacznie większej, starej bibliotece plebańskiej w dawnej wsi. To tylko rzuca interesujące światło na poziom intelektualny niektórych plebanów wiejskich w I Rzeczypospolitej na naszym terenie. Rzecz warta rozprawy!

Inną kwestią jest dawność ksiąg metrykalnych w naszych parafiach katolickich. Te w Komorowicach należą do najstarszych, bowiem prowadzone są od połowy XVII w., przy czym księgi zmarłych już od 1632 r., a więc od czasów króla Władysława IV Wazy. Zarazem trzeba mieć na względzie, że są to obecnie jedne z najstarszych zachowanych w naszym mieście śladów piśmiennictwa, cenne zabytki o niepowtarzalnej wartości!

Może kiedyś znajdzie się sponsor – w jakiejś V Rzeczypospolitej i przy innej władzy miejskiej – na naukowe opracowanie i wydanie drukiem tych naszych ojczystych skarbów.

Tak na marginesie – w księgach tych dzisiejszy Hałcnów – wówczas część parafii komorowickiej – zapisywany był konsekwentnie jako „Chałcznów”, podobnie zresztą, jak w znanych mi księgach grodzkich oświęcimskich z XVI-XVIII w. Kto zatem przekręcił nazwę miejscowości?

 3.V 2012.    Wielkie święto narodowe. Piękna pogoda. Polacy w Bielsku-Białej pochowani – chciałoby się powtórzyć za Paskiem, „w pierzynach”. Boją się nawet wywiesić flagę narodową. Ulice miasta puste, jak przy zarazie. Przeciętny Amerykanin, czy Francuz pewnikiem zapytałby – „czy coś się stało?”, nie wierząc, że w  t e n  s p o s ó b  „obchodzi się” w Polsce najważniejsze święto narodowe i jedno z ważniejszych kościelnych.

Może przesadzam, gdyż pod ratuszem zebrało się circa 200 cywilów, głównie emerytów i co ciekawe młodych mamuś z dziećmi w wózkach, by zademonstrować swoje uczucia i powinność. Były krótkie przemówienia i skromna defilada kompanii bielskiego 18 batalionu desantowo-szturmowego. Niestety, kompania nie prezentowała się najlepiej. Cóż, jak skomentował słusznie mój sąsiad, emerytowany pan pułkownik, tak wyglądają resztki Wojska Polskiego á la III RP.

Tak na marginesie - nie wiem, kto pisał prezydentowi miasta przemówienie, ale niewiele ono miało wspólnego z prawdą historyczną! Przede wszystkim Konstytucja 3 Maja wcale nie wprowadzała demokracji republikańskiej, a wręcz tę starą, ustanowioną przez wolnych Polaków od XV w., ale już chorą, burzyła, wprowadzając monarchię konstytucyjną, z dziedziczną dynastią (a nie wybieralnym królem), o niewiadomej przyszłości. Nie przeprowadzała także żadnej rewolucji społecznej, a wręcz umacniała pozycję szlachty – jedynej grupy politycznej - chociaż już ograniczoną w swej wolności. I w dodatku konstytucja została de facto przeprowadzona podstępem, a nie w demokratycznym głosowaniu. Mimo to dla zmian w Polsce miała przełomowe znaczenie z uwagi na próbę wprowadzenia realnej, silnej władzy, silnej armii i podatków, i tym samym przezwyciężenia słabości państwa i narodu.

Święto zwieńczyła Msza św. w katedrze przy niewielkiej frekwencji. Jednak najciekawszy był mini-koncert kapeli wojskowej po niej, przed portalem, z wiązanką piesni patriotycznych i żołnierskich. Były zasłużone brawa i łzy u starszych ludzi. Aż prosiło się o jakieś inne koncerty na placach miejskich (czemu nie Moniuszko czy Strauss?). Chyba nie starczyło wyobraźni.

 4.V 2012.   W „Dzienniku Zachodnim”, skądinąd wyrażającym coraz bardziej opcję proautonomiczną, znalazłem ważny artykuł red. Jacka Drosta, który zabrał głos w sprawie rozgrywającego się od dłuższego czasu konfliktu o tzw. Kubiszówkę (o czym już wspominałem). W pełni popieram zawarte w nim stanowisko. Prezydent Jacek Krywult absolutnie nie ma racji i jak się mu często zdarza zachowuje się arogancko w stosunku do mieszkańców i ich często zdroworozsądkowych pomysłów.

Myślę, że jego casus, bardzo wyrazisty, będzie dobrym materiałem do rozważań przyszłych historyków, o ile liczne źródła na ten temat nie znikną z powierzchni ziemi. Swoją drogą, w przygotowywanej przeze mnie książce o bielskich i bialskich burmistrzach znajdzie się miejsce do rozważań na temat stosunku „władzy” miejskiej do mieszkańców. Oczywiście, różnie z tym bywało. Wielu burmistrzów szło „pod prąd” lub wręcz wpędziło mieszkańców w kłopoty finansowe lub polityczne. Dość przywołać postacie Karla Strzygowskiego i Rudolfa Lukasa z Białej, Karla Steffana z Bielska, czy Antoniego Kobielę, przez których wymysły i eksperymenty miasto nasze wpadło w potężne tarapaty finansowe lub zamieniło się w pole licznych spięć, a nawet walk ulicznych o podłożu społecznym i narodowościowym. Obecny prezydent BB nie jest więc pod tym względem kimś awangardowym.

5.V 2012.   Naprzeciw hipermarketu „Sarni Stok”, przy pawilonie „Volkswagena” powstaje jakaś nowa budowla. Powstaje na terenie dawnego stawu cegielnianego (wielka cegielnia Korna), jeszcze niedawno zasypywanego (wody już nie było od 20 lat) przez buldożery. A niegdyś był tu jeden z kilku starobielskich stawów rybnych, zasilanych nieistniejącym już strumieniem i odmalowanych na starych mapach już na początku XVIII w., a powstałych zapewne w XV lub XVI wieku. Dziwne losy hektara ziemi.  

 8.V 2012.   Promocja książeczki ze wspomnieniami lipniczanki, pani Beaty Mikuszewskiej na temat jej pracy w dawnej, powojennej Miejskiej Biblioteki Publicznej w B-B, które starałem się wycyzelować z korzyścią dla Czytelników. Wspomnienia te to jedna z pierwszych, bardzo spóźnionych już w czasie, prób zapisania migawek z czasów PRL-u. Na mój gust, średnio udana. Cenne są unikatowe fotografie. Ku mojemu zaskoczeniu, na koniec książeczki wpakowano drętwe sprawozdanie z bieżących sukcesów Książnicy. Co ma piernik do wiatraka? Dodam jeszcze, że przy okazji pracy redakcyjnej, sięgnąłem do archiwalii bibliotecznych w bielskim archiwum. Okazało się, że za lata 1945-1989 jest ich zaledwie garstka. I tak wygląda owa papierowo-urzędowa spuścizna po tej strasznej epoce w naszym mieście. Szczątki.   

 10.V 2012.   Powracam do kwestii mostów w B-B. Ten na ul. Mostowej – przy obu „Sferach” posiada także ciekawą prehistorię, do której się właśnie dokopałem. Otóż pierwsza, drewniana konstrukcja mostowa powstała w tym miejscu w 1867 roku, a jej pomysłodawcą i fundatorem (prywatnym!) był wielki potentat przemysłowo-transportowo-kupiecki z Bielska Artur Brüll, pochodzący ze zasłużonej dla miasta rodziny żydowskich kupców. Powód budowy był wręcz trywialny – smród i brud, jaki towarzyszył nieustannym przegonom ulicznym (!) świń, które transportował ów potentat z kolejowego dworca towarowego w Bielsku (znajdował się on wówczas bliżej miasta niż obecnie), przez tzw. most Rzeszy na Białej (w ciągu obecnej ul. 11 Listopada) na wielki Targ Świński. Funkcjonował on wówczas w miejscu obecnego ratusza (proszę nie wyciągać z tego daleko idących wniosków!).

Tak, tak, Biała była w XIX w. wielkim i znanym w całej Europie środkowej ośrodkiem handlu świniami galicyjskimi i bukowińskimi! O tej, zupełnie obecnie zapomnianej roli Białej, więcej możesz Czytelniku przeczytać w II tomie „Monografii historycznej B-B”. Ale wracając do Brulla – most wybudował, bo świń mieli dość mieszkańcy Dolnego Przedmieścia w Bielsku – dla pikanterii – głównie Żydzi, a za nimi władze miejskie. Uruchomiony w 1867 r. most okazał się wielce potrzebny nie tylko dla przegonu wieprzków, ale i transportu towarów i przechodu załóg robotniczych fabryk powstających i rozbudowujących się nad rzeką, po obu jej brzegach. Na przykład, 19.X 1877 r., kiedy badała jego przepustowość komisja budowlana, powołana dla wydania zgody na remont i przebudowę drewnianego mostu, okazało się, że tylko przez jedną godzinę przeszło przezeń 240 ludzi. Już przy okazji owego remontu – znów w całości sfinansowanego przez przemysłowca z własnej kieszeni (pokażcie mi takiego dzisiaj!? – przepraszam, może poza właścicielem „Rekordu”), odezwały się mocne głosy fabrykantów bielsko-bialskich za zbudowaniem trwałej konstrukcji mostu, czego się doczekano dopiero po 20 latach (tzw. mostu Monniera).

 Przytoczony tu przeze epizod jest tylko dowodem na bogatą historię wszystkich bielsko-bialskich mostów, godną skreślenia. Nie jesteśmy gorsi w tym względzie od Warszawy czy Krakowa!

 11.V 2012. Inne odkrycie archiwalne – nekrolog zapomnianego polskiego działacza narodowego, sędziego powiatowego i prezesa Czytelni Polskiej w Białej Apolinarego Góry, który „zasnął w Bogu” 21 grudnia 1892 r. w wieku zaledwie 48 lat. Na cmentarzu katolickim żegnała go elita bialska, Polacy, Niemcy i Żydzi, oddając hołd również jego bezstronności sędziowskiej.  Hej, gdzie te czasy i gdzie ci sędziowie, skrywani obecnie za ochroną danych osobowych i tajemnicą służbowo-kastową!

Józef Piłsudski podkreślał słusznie, że trzeba mieć szczęście urodzić się, we właściwym czasie. Jemu się niewątpliwie udało. Czasami zastanawiam się nad swoim urodzeniem (było to już po śmierci Stalina) i mam duże wątpliwości, co do sensowności mego czasu i tego poczucia pędzącego expresu informacji. Może lepiej by mi było w czasach właśnie Marszałka? Z drugiej strony jednak… Led Zeppelin i The Beatles, lądowanie na Księżycu i bajeczny skok Beamona też warto było zaliczyć!!!   

[Zamknięto na polecenie Urzedu Ochrony Danych Obywatelskich 12 maja 2012]

Życzę uśmiechów i dziękuję za współpracę w tym aspekcie.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                  W odpowiedzi krytykantom

Nie ukrywam, że z publikacji mego dziennika czuję niedosyt z powodu braku uwag i dyskusji merytorycznych. W końcu chodzi mi o poszerzenie wiedzy historycznej o naszym mieście i jej interpretację, tudzież o bieżącą rejestrację pewnych zjawisk z zakresu percepcji tradycji lokalnej. Zamiast tego, prócz kilku słów poparcia (serdecznie dziękuję) doczekałem się różnych agresywnych i złośliwych insynuacji. Szanuję odrębne zdania i poglądy internautów do momentu, gdy zaczynają mi odmawiać opisywania i komentowania rzeczywistości, wmawiając różne brzydkie i nieprawdziwe cechy, a zwłaszcza „nabijanie kieszeni pieniędzmi polskich podatników”. Ale wzruszam na to wszystko ramionami, spaceruję po moim Bielsku-Białej dalej i dedykuję zajadłym i chyba niespełnionym krytykantom  – szczególnie „Umysłowi Używanemu” - sentencję międzyrzeckiego proboszcza z 1785 roku:

    „Przestrzegam: jeśli jesteś taktowny złóż podziękowanie, jeśli krytykujesz odważ się na wielkie rzeczy, a chętnie daruję ci palmę zwycięstwa. Twojej inteligencji, którą rozgłaszasz krytykując, zawsze będą sprzyjać okazje do wykazania się wielką odwagą. Nic albo niewiele czynić jest pracą nędznej człeczyny”.

                                                                                              dr Jerzy Polak

 Bielsko-Biała, 3 czerwca 2012


Komentarze:

  1. Walter pisze:

    Wreszcie ktoś ma odwagę pisać o sprawach naszego miasta w klarowny sposób. Dodatkowo inteligentnie i bez wazeliny, nie pozostawiając przy tym złudzeń co do osób, które są decydentami. Brawo! Chcemy więcej! Mam nadzieję, że te kamyczki spowodują lawinę…..lawinę, która sprawi, że ludze otworzą oczy i zobaczą, że „król jest nagi”. Że obecnie panujacy pan prezydent tego miasta, a zwłaszcza jego klaskajaca i potakujaca mu świta nie wytrzymują porównania z przedwojenną ekipą bielskiego i bialskiego magistratu…..

  2. Paulus pisze:

    Cóż niektóre pańskie uwagi są godne pomyślunku ale swoją opinią w sprawie ACTA zawiódł mnie Pan totalnie. Co do samej istoty tego dokumentu odsyłam do internetu (swoją drogą czy Pan chce powrotu cenzury, czy może upewnił się Pan że jest nieskazitelnie czysty i np. nie użył w swoich książkach czyjeś opinii bez podania przypisu, czy nie skorzystał darmowo ze zdjęcia którego autor jeszcze żyje lub nie minęło 70 lat od jego śmieci – jeśli tak, jest Pan tak samo „bezczelnym złodziejem”)

    Protesty przeciwko ACTA to też a może nawet głównie protesty antyrządowe, i przykro mi czytać Pana ignorancję w tym temacie. Narzeka Pan na „wrażliwość społeczną bielszczan” a sam Pan taki jest jak te 90% bielszczan. I niech Pan na przyszłość uważa by „władza” nie nazwała Pana kiedyś Moherem, w takim sam sposób jaki Pan nazywa Internatów „bezczelnymi złodziejami”.

  3. MK pisze:

    Panie Paulus – pewnie każdy z nas w jakimś stopniu jest „przestępcą internetowym”, ale nie bardzo rozumiem Pana oburzenie i zdenerwowanie – bez względu na wszystko, czy Autor nie ma racji? Ma! Idę w zakład, że te sondażowe 80-90% to właśnie przeciwnicy ACTA – co oni by wtedy zrobili? Musieliby czytać książki, a to przecież straszne doświadczenie…
    Tak na marginesie, myślę że p. Polak poszedłby na układ z każdym i przymknął oko na kopiowanie jego książek, gdyby tylko ktoś z tych 80-90% zechciał przeczytać choć jedną jego pozycję ze zrozumieniem… No ale przecież jest youtube, facebook i inne, tam nie ma dużo tekstu – obrazki, muzyczka…
    Panu Polakowi dziękuję za „Chichoty” z inteligentną nutką uszczypliwości, czyta się ze smakiem!

  4. Człowiek pisze:

    Wikipedia:

    ” Hipokryzja (od gr. ὑπόκρισις hypokrisis, udawanie) – fałszywość, dwulicowość, obłuda. Zachowanie lub sposób myślenia i działania charakteryzujący się niespójnością stosowanych zasad moralnych. Udawanie serdeczności, szlachetności, religijności, zazwyczaj po to, by wprowadzić kogoś w błąd co do swych rzeczywistych intencji i czerpać z tego własne korzyści.

    Hipokryzja może się przejawiać na kilka sposobów:

    oficjalne głoszenie przestrzegania określonych zasad moralnych i jednoczesne ich „ciche” łamanie, gdy nikt ważny tego nie widzi (np. głoszenie przez polityka, że walczy z korupcją i jednoczesne branie przez tego polityka po cichu łapówek),
    stosowanie różnych, sprzecznych wzajemnie zasad moralnych przy różnych sytuacjach (np. wymaganie od żony, żeby nie zdradzała i jednoczesne zdradzanie żony),
    wymyślanie rozmaitych teorii, które w pokrętny sposób tłumaczą stosowanie różnych norm moralnych przy różnych sytuacjach (np. głoszenie, że zabijanie dzieci wroga w czasie wojny jest dobre dlatego, że wróg ten popełnił wcześniej zbrodnię mordując nasze dzieci),
    tworzenie obszarów tabu, czyli spraw, o których się nigdy nie rozmawia publicznie; zazwyczaj są to sprawy, które w świadomości wielu ludzi są niemoralne, ale są lub były jednocześnie masowo praktykowane (zob. też tajemnica poliszynela).

    Hipokryzja jest stałą cechą ludzkich społeczeństw. Wynika ona z jednej strony z konfliktu między indywidualnym interesem poszczególnych osób i normami moralnymi panującymi w danym społeczeństwie, a z drugiej strony z konfliktu między normami obyczajowymi i moralnymi.”

    • Chhim pisze:

      Brawo! Najwyższy czas zacząć głośno mf3wić na temat Bielskiego Obszaru Metropolitarnego (zamieszkanego przez ponad 880 tyś. osób wg wikipedii) nieco zgnnmpiaoeao przez samych rządzących (brak wzmianki w dokumencie Polska 2030).Pozdrawiam,

  5. rostbb pisze:

    12 marca na stronie http://www.bielsko.biala.pl/2796,artykuly , przeczytałem informację na temat planowanej inwestycji w Parku Słowackiego: „Po remoncie, w parku pojawią się nowe ławki, kosze na śmieci i oświetlenie. Naczelnik nie boi się natrafić na szczątki przodków podczas robót ziemnych związanych z nową instalację elektryczną i odwodnieniem. Podkreśla, że informacje, jakoby w tym miejscu istniał kiedyś cmentarz nie zostały oficjalnie potwierdzone.”
    Tak twierdzi naczelnik wydziału gospodarki miejskiej bielskiego ratusza, Adam Grzywacz. Do tej pory wielokrotnie czytałem i słyszałem z ust osób wg mnie kompetentnych ,iż tenże cmentarz tam był. Czyżby sceptycyzm Pana Grzywacza był uzasadniony ,czy też ekipy muszą natrafić na kości aby dał wiarę historii? Może jakiś komentarz na ten temat?

  6. JD pisze:

    W istocie, na terenie dzisiejszego Parku Słowackiego, a niegdyś Jubileuszowego, w latach 30. XIX był tam ponoć cmentarz choleryczny. Ale wydawało mi się, że tylko w części, gdzie obecnie znajduje się boisko BBTS-u. Tak czy siak, winno się to brać pod uwagę przy tego typu pracach. Może uruchomią też w końcu fontannę przy schodach? I posadzą więcej krzewów, kwiatów, itp.? Nie obraziłbym się z tego powodu.
    Pozdrawiam i trzymam kciuki za dalszy rozwój Towarzystwa!

  7. Róża pisze:

    Czytając przewodnik Pańskiego autorstwa po naszym mieście i konfrontując go z tym blogiem dochodzę do wniosku, że koniecznie przydałoby się nowe, zaktualizowane wydanie. Tu można przeczytać o wielu interesujących wydarzeniach i obiektach ,które próżno szukać gdzie indziej. Czy wasze Towarzystwo planuje w najbliższym czasie wznowić przewodnik?
    A może w najbliższym czasie jest planowana jakaś prelekcja właśnie o takich „drobiazgach”, obok których przechodzimy codziennie, nic o nich nie wiemy, a ich dzieje są fascynujące?

  8. Człowiek pisze:

    RAŚ udowadnia że jest „opcją niemiecką” i to już jawną ! Bardzo dobrze. Ludzie może wreszcie może się obudzą i zobaczą co znaczą tradycje „hakatystyczne” z „pruskiego (mentalnie)” Bielitz !!! Teraz jest Bielsko-Biała. Ale jak mamy „niemieckie gazety dla Polaków”, „niemieckie telewizje dla Polaków”, „niemieckie muzea dla Polaków” to i będą „niemieckie kluby dla Polaków”, za chwilę „niemieckie bary dla Polaków (jeden chyba chce takim już być bo ma…)” a potem szkoły itd., itp.

  9. Człowiek pisze:

    Jeszcze zdanie. Mamy do czynienia z indoktrynacją „śląsko-niemiecką” poprzez teatr. Niedawno RAŚ chciał zmienić nazwę klubu Podbeskidzie teraz organizują nam „śląsko-niemieckie” teatry dla Polaków!

  10. Człowiek pisze:

    Od czego są recenzje. Nie trzeba widzieć żeby zabierać głos. Żaden argument . Pan Doktor nie powinien trzymać się faktów historycznych na stronie BBTH a nie ośmieszać i oceniać innych? A poziom kultury w tym biednym mieście rzeczywiście sięga niskich lotów. Jak nie „faszyzujące” sztuki-bruki to koncerty w zimnicy kaplicy zamkowej za 15 zł wstępu (ludzie wścieklizny dostawali) pod pretekstem odnowienia tej kaplicy a służące w zasadzie tylko lansowaniu pewnych „nietykalnych” nazwisk. Czyżby prywatna posiadłość z publicznej własności?

  11. Umysł Używany pisze:

    Jest taka sentencja z Księgi przemian: „Prostak działa przez siłę (dotyczy siły fizycznej jak i umiejętności manipulacji słownej) człowiek szlachetny tak nie działa” ! Rzeczywiście ta strona nie jest prywatną, osobistą stroną piszącego tego bloga i nie uchodzi aby przy tak szczytnej nazwie Bielsko-Bialskie Tow. Historyczne ziać złośliwości i cynizm podszyty zgorzknieniem żywota – w psychologi „syndrom Boga” to znane pojęcie. Panie Doktorze – „Młodzież słucha (czyta), Ona się uczy” ! Jak chce się Panu rz… przez „brak podstawowej odwagi kolejnego bielskiego kierownika kultury” to nie wydawaj Pan swoich dzieł przez „Niego czy Urząd Miejski”, zrezygnuj Pan z Komisji ds. Nazewnictwa Ulic i Placów Bielska-Białej przy Prezydencie Miasta (jest Pan w niej bodajże?) i w ramach protestu rzuć Pan w bielskie prezydenckie drzwi „Ikarem”. „Człowiek” ma rację pisząc o niskich lotach w kulturze, ale czego można się spodziewać po „niskich umysłach” mających na celu zapewnienie sobie „pełnych kieszeni” kosztem podatników. Wszak niektórzy są „przyjęci na Innych warunkach” – przy Panu też się wychowało kilka obecnie „nietykalnych pożeraczy konfitur publicznych” a wykorzystujących swoje miejsce przy „korytku” nie tylko dla „siebie” ale i zapewniając ciągłość „talerza publicznego” swoim latoroślom, krewnym czy znajomym „osobistym”. Czytając Pana przypomina się serial „Zagubieni” – raz tak, raz siak. Ale rób pan swoje – wedle starego powiedzenia : „Jeżeli nie wiemy jak się zachować, zachowajmy się po prostu przyzwoicie” ! Zdrowia życzę.

  12. Karol pisze:

    Do Pana Umysł Używany:
    czy był Pan kiedyś np. we Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie i widział w pierwszej lepszej księgarni ile jest różnych książek o tych miastach?
    I nie chodzi o to, że duże ośrodki. Tylko o to, że chcą takie książki tam wydawać. Proszę popatrzeć np. na Cieszyn. Gwarantuję, że w naszym mieście mogłoby być wydanych masę książek związanych z historią B-B. I jest na nie odbiorca!!! Nie chodzi o to, że nie ma kto pisać. Mamy wybitnych specjalistów. Niestety władze miasta NIE SĄ TYM ZAINTERESOWANE !!!! Proponuję Panu podejść do Wydziału Kultury albo do Wydziału Promocji i złożyć wniosek o wydanie książki o B-B albo o dofinansowanie do jakiegoś projektu, filmu, wystawy itp. Próbował Pan? Życzę powodzenia. Zostanie Pan potraktowany jak ktoś , kto urwał się z choinki. Takie są fakty. Ludzie, którzy dzielą pieniądze wolą przeznaczyć je na koszmarne folderki i gadżety (dramatyczne koszulki) albo przekazać je na dziwne organizacje z grona „krewni i znajomi królika”. Interesowało mnie kiedyś dlaczego nie wydano do tej pory monografii cmentarza przy ul. Grunwaldzkiej albo cmentarzy przy ul. Frycza- Modrzewskiego i Listopadowej. Dlaczego nie ma monografii dotyczącej bielskiego sportu, przedwojennej kultury, włókiennictwa, z którego słynęło to miasto. Monografii fabrykantów, książki o dzielnicach- Starym Bielsku, Wapienicy, Hałcnowie, Aleksandrowiczach, Mikuszowicach Śląskich, Komorowicach, Kamienicy. Opisanych dziejów bielskiej policji, dziejów bielskiej kolei, poszczególnych parafii ( np. o kościele św. Trójcy, kościele w Lipniku, Wapienicy). Książki o dawnych restauracjach i gospodach. Albumu o dawnych fabrykanckich willach i ogrodach. Pięknego albumu o Cygańskim Lesie ( jest tyle starych widokówek). Mam wymieniać dalej? Dlaczego nic nie ma? Bo nie ma kto pisać? Bo nikt tego nie kupi ? Nie. Powtarzam nie. Zapytałem o to wprost kompetentne osoby. Otrzymałem odpowiedź, że panowie urzędnicy nie chcą tego wydawać……. Takie są fakty. W Bielsku-Białej od kilkunastu lat mamy taki stan, że urzędnicy traktują petentów jak zło konieczne. Kto nie wierzy niech sam spróbuje. Proszę zobaczyć co Urząd zaproponował w temacie 700 lat miasta. Jakie tematyczne imprezy z tym związane? Nie widzę, nie słyszę….Blamaż. Ale zapytajcie Wydział Kultury. Nic się nie stało…. Wychodzą z założenia, że skoro powstała monografia to załatwia to wszelkie inne tematy związane z historią B-B. Smutne ale prawdziwe. Ale mamy dzień Fiata….. A kulturę trzeba dotować! Bez tego zginiemy. Dlatego wielka zasługa Pana Polaka, że starcza mu sił na pisanie i wręcz wymuszanie na urzędnikach by jednak coś co jakiś czas jednak wydali. Z tego co wiem to Pan Polak jest w kilku miejskich komisjach, ale tak się składa, że jest on niejako po drugiej stronie barykady ( informacje od konkretnych osób zasiadających w komisjach). To chyba ostatni człowiek w tym mieście, który wśród tych wszystkich urzędników ratuszowych jest wstanie myśleć zdroworozsądkowo, a nie jak partyjny beton. Nie zgadzam się z wieloma jego poglądami publikowanymi na blogu, jednak działania popieram w całej rozciągłości. Jak również prowadzenie tego bloga Oby tak dalej.

  13. Umysł Używany pisze:

    Jedne miasta mają dużo publikacji, inne mniej. Taka monografia jak w Bielsku-Białej to też rzecz nie powszechna gdzie indziej. Stopniowo wydawane są przecież monografie dzielnic i pozycje z różnych tematów. Ale czy trzeba robić z tego „burzę w szklance wody” samemu będąc na garnuszku miejskim? Zakrawa to na wołanie o „bezwarunkowe zainteresowanie” i „akceptację bezwzględną”! Periodyk historyczny? Oczywiście z godziwą zapłatą? Rząd dusz w Bielsku? Jak nie wiadomo o co chodzi to czyżby znowu chodziło o pieniądze? Przecież są „Studia muzealne”- czemu tam więcej osób nie publikuje? Mogą się ukazywać np. co roku a nie raz na wiele lat, może BBTH wesprze poprzez znajomych sponsorów działania naukowe Muzeum a nie „wymyśla” nowe tytuły które i tak padną? Noc muzealna pokazała kompletną „bezradność wydawniczą” tej potrzebnej a tak „biednej… ” obecnie placówki. Zaprezentowana bajka „Trącanie czasem, czyli cuda na bielskim zamku” okazała się przeładowana, zagmatwana i kompletnie pozbawiona cech „dobrej zabawy z przeszłością” – to ewidentne „grafomaństwo” wydano w tysiącu egzemplarzach !!! Dziwne postacie w tej bajce nie bawią ucząc, lecz odstraszają. A pomysł z mentorem E. Schnackiem kuriozalny – m.in. aktywny członek „Beskidenverein” towarzystwa turystycznego o charakterze niemieckim, zrzeszającym wielu „hakatystów”, były mistrz kominiarski, oprócz pracy zawodowej działał pod pseudonimem „Pluto von Plunzenstein” w bielskiej loży paramasońskiej „Bilitia Schlaraffia”, interesował się sprawami niemieckiej społeczności i. Ten gromadzący z takim „niemieckim” zapałem pan w bielskim muzeum pracował jeszcze w czasie okupacji niemieckiej, wykazując troskę o niemiecki patriotyzm i martwiąc się niedostatecznym zainteresowaniem muzeum powstałym (podobnie jak muzeum w Białej) przecież jako „ odpowiedź niemiecka” na Dom Polski w Bielsku – Bielsko zamieszkiwane wtedy w większości przez Niemców narzucających mu „wiedeński styl” (unifikacja poprzez architekturę całej monarchii), przeobrażano architektonicznie w „mały Wiedeń”, dla podkreślenia łączności z „ Imperium Habsburgów ” („ prawdziwe więzienie narodów ”, przy ok. 30 % Niemców spośród jego całej ludności). W ówczesnym środowisku niemieckim (XIX/XX), zaczęto odczuwać narastające z każdym rokiem obawy, związane ze wzrostem znaczenia polskiego ruchu narodowego. Ta postać przechadzała się podczas nocki zamkowej – dobrze że nie groziła rózgą niegrzecznym polskim dzieciom mającym czelność chodzić po „niemieckim muzeum dla Polaków”. Polscy podatnicy muszą finansować takie „dziwaczne wersje historii” ?

  14. Tomek_Mikuszowice pisze:

    Panie Umyśle Używany, no i co z tego że Schack był pro niemiecki?, był u siebie, miał do tego prawo. Miał prawo w Bielsku mieście wielonarodowym do mieszkania w nim i wyrażania głośno swoich poglądów. Z takimi poglądami Polska dla Polaków to musi się Pan dofnąć do 1968 lub komunistycznej walki z niemczyzną w 1945.

  15. Człowiek pisze:

    Panie Tomku_Mikuszowice, proszę się nauczyć czytać ze zrozumieniem „20 minut dziennie codziennie”, a nie „ujadać” i historię „zjadać” !!! Nie dołączaj Pan do ludzi „zachowujących się jak faszyści” – „Faszyzm nie polega na mordowaniu ludzi, ale na narzucaniu aktualnie obowiązujących treści i karaniu za głoszenie poglądów własnych”. Kara polega na obśmianiu i tzw. wykluczeniu na margines mających swoje zdanie ludzi. Tolerancja to nic innego jak ścierpienie m.in zdań innych. Skoro nam się narzuca „faszyzm” śląsko-niemiecko-austriacki to my też mamy prawo się z tym nie zgadzać, bo również jesteśmy u Siebie ! To celowe poniżanie, zakompleksianie, dołowanie i spychanie ludzi z innym zdaniem niż „obowiązujące” do roli mniej wartościowego „stworzenia” jest żenujące ! Nie tędy droga. Nie powinni mieć wpływu na kulturę teatralną, muzealną, muzyczną itp. itd., ludzie, którym zależy tylko na własnej karierze i nabijaniu kieszeni pieniędzmi polskich podatników. Dzban się może kiedyś przelać, gdyż nic nie trwa wiecznie!

  16. Umysł Używany pisze:

    Konferencja naukowa „Siedem wieków Bielska-Białej” dopasowała się do tytułu tego bloga – taki „chichot historii w Bielsku-Białej” wyszedł”! Miała charakter „podjazdowy” i zabrakło jej „pewnego” poziomu.
    Warto przeczytać tekst w Gazecie Polskiej z 30.05.2012 pt. „Wyimaginowany jubileusz czyli polityka historyczna w III RP” którego fragment zacytuję: „Odkrycie nowych źródeł o najstarszych dziejach Bielska stawia pod znakiem zapytania mający się rozpocząć drugi jubileusz 700-lecia Bielska-Białej. Oba powołują się na nie do końca wiarygodne źródła historyczne. Warto też zadać pytanie, czy sfinansowana z pieniędzy publicznych nowa monografia, zwana przez licznych „wielką”nie jest w rzeczywistości jedną wielką ściemą.”
    Organizacja konferencji z ATH może jednak to nieporozumienie? Czemu nie uczyniono tego z Muzeum w Bielsku-Białej? Jest piękna sala koncertowa, odpowiedni klimat i atmosfera. Tak trudno współpracować z „Muzeum”? Przecież prelegentami byli pracownicy muzeum – „połowa” to członkowie BBTH” i wychowankowie (jak i obecna dyrekcja Muzeum) autora tego bloga, nie można było zaprosić i innych do współpracy? Wszak cele i zadania są tożsame! No cóż, chyba topnieją powoli „figury” na szachownicy! „Naukowców spacerowych” będzie może coraz mniej… Rzeczywiście nie powinni mieć wpływu na naukę czy kulturę ludzie, którym zależy tylko na własnej karierze i nabijaniu kieszeni pieniędzmi polskich podatników !

  17. Człowiek pisze:

    ” Rozpadające się iluzje boleśnie ranią ” – Anthony de Mello, Przebudzenie.

    ” Mistrz był zwolennikiem zarówno wiedzy, jak i Mądrości. Zapytany o to, odrzekł: – Wiedzę zdobywa się przez czytanie książek lub słuchanie wykładów. – A Mądrość? Przez czytanie książki, którą jest każdy z nas. Po chwili namysłu dodał: – Nie jest to wcale łatwe zadanie, bo każda chwila dnia przynosi nowe wydanie tej książki. ” – Anthony de Mello, Minuta mądrości.

    Spełnieni będziemy dopiero po „drugiej stronie” jak wypełni nas „Światło Nadziei”, no ale jeśli chodzi się do Kościoła oglądać wystrój i oceniać „kiczowatość” danego Domu Bożego, to pewnie ma się „prawo” tego nie wiedzieć !
    Dyskusja merytoryczna w wykonaniu dotkniętych „syndromem Boga” polega na przedstawianiu swoich racji i oczekiwaniu jedynie słusznych słów poparcia. ” Jak rozmawiać o kolorach z gościem, który stracił wzrok ” ?

Dodaj komentarz